10. PZLA Mistrzostwa Polski mężczyzn na 10 km – czyli nieważne, jak zaczynasz…

Zacznijmy od początku, czyli okoliczności towarzyszącym wyjazdowi na Mistrzostwa Polski do Gdańska.

Foto: Mieszko Wiktorski

Od 20 lipca do 1 sierpnia przebywałem na obozie treningowym w Szklarskiej Porębie. Założeniem było obieganie się na dużej objętości, a następnie zjazd i bezpośredni start w Gdańsku.
Miał być to swego rodzaju eksperyment, gdyż nigdy dotychczas nie próbowałem startować w zawodach bezpośrednio po treningu w górach.

Kilomteraż po pierwszym tygodniu obozu! Jak widać na nudę nie narzekałem, a treningi szły pełną parą! 🙂 / Foto: archiwum prywatne

Jakie to wszystko przyniosło skutki? Jak poszło mi na Mistrzostwach Polski na 10 km w Gdańsku? Tego wszystkiego dowiecie się w poniższej relacji! 🙂

Podróż do Gdańska rozpocząłem z rodzinnego Kędzierzyna-Koźla. Planowo miała potrwać około 7,5h, niestety jak to bywa Polskie Koleje Państwowe mają duży problem z punktualnością i również tym razem nie obyło się bez opóźnienia! Do Gdańska przybyłem około godziny 21. Zmęczony całodzienną tułaczką w nieklimatyzowanym i zatłoczonym przedziale, wyruszyłem do hotelu w którym miałem zaklepany nocleg. Po przybyciu na miejsce i dopełnieniu formalności zostałem zakwaterowany. Zapomniałem dodać, że do Gdańska zabrał się ze mną mój tato, który postanowił osobiście kibicować i oglądać moje zmagania „lajf” 😀

Gdańsk nocą! Foto: archiwum prywatne

Tato postanowił wyruszyć na miasto w poszukiwaniu jakiegoś lokalu gastronomicznego, gdzie moglibyśmy zjeść kolację. Ja natomiast nie tracąc czasu, postanowiłem wyruszyć na delikatny rozruch! Gdańsk nocą to miejsce bajecznie piękne! Zatłoczone, ale piękne! Jeśli chodzi o warunki do biegania przy starówce, to nie było ich tam zupełnie! Wszędzie kostka brukowa, ciasne uliczki pełne turystów… zdecydowanie utrudniało to bieganie. Zmieniłem więc zamiar sprawdzenia trasy Biegu Dominika i pobiegłem bocznymi drogami, a następnie nabrzeżem. To okazało się strzałem w dziesiątkę! 🙂 Pusto, cicho i równie urokliwie jak na starówce! Wpadło spokojne 6 km i odrobina sprawności. Gdy miałem już wracać do hotelu, na ulicy zaczepił mnie Wojtek Piwowarczyk. Zagadał czy startuję w jutrzejszych MP na dychę. Odpowiedziałem, że tak. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę na temat trasy jak i samego startu. Okazało się, że Wojtek leci 5 km, bo dopiero wraca do treningów po przebytej kontuzji. Jednak miał już okazję startować na MP w Gdańsku we wcześniejszych latach. Po dłuższej rozmowie wyszło na to, że mamy sporo wspólnych biegowych znajomych 🙂 Na koniec nowo poznany kolega dał mi kilka rad, przybiliśmy pionę i pożegnaliśmy się.

Foto: archiwum prywatne

Kolejnego dnia rano udałem się na śniadanie do hotelowej stołówki. Wszystko wyglądało elegancko i smakowicie… oprócz pieczywa, które okazało się chlebem tostowym! 🙁 Postanowiłem nie objadać się tym dziadostwem, zjadłem jedynie symboliczne dwie kromki z dżemem, wypiłem herbatę i w pokoju dojadłem bananami. Następnie poszliśmy odebrać pakiet startowy do biura zawodów. Według prognoz pogoda miała być rześka, około 16-18 stopni, pochmurnie. Tymczasem już parę minut po godzinie 9 było jakieś 22-23 stopnie i pełne słońce! Nie przejmując się tym za bardzo dotarłem na miejsce w okolice pomnika Neptuna. Wolontariusze rozkładali barierki wraz ze służbami porządkowymi. Wszędzie wokół banery informujące o zbliżającej się popołudniu imprezie, technicy uwijali się przy rozkładaniu sprzętu audio. Spojrzałem na plakat ze strzałką wskazującą kierunek do biura zawodów. Bezproblemowo trafiłem na miejsce i jak się okazało, byłem jedną z pierwszych osób z „elity”, która odbierała tego dnia pakiet. Po weryfikacji i dopełnieniu procedur odebrałem dosyć skromy pakiet w skład którego wchodził: zachipowany numer startowy, agrafki, żel energetyczny, jakieś soczki i PowerRade, próbki kremów, a także cała masa ulotek reklamowych ze zniżkami do tamtejszych lokali usługowych. Koszulki technicznej dla elity nie przewidziano! 🙁 Nie wybrzydzając za bardzo cyknąłem kilka fotek przy pomniku Neptuna i udałem się z powrotem do hotelu odpoczywać, gdyż start przewidziany był dopiero na godzinę 17:30. Zadbałem o nawodnienie, nie rozstając się z butelką wody mineralnej!

Około południa zdzwoniliśmy się z tatkiem i poszliśmy na starówkę coś zjeść. Mój wybór padł na naleśniki z dżemem truskawkowym, do tego świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Wszystko smaczne i cacy, nie odczuwałem przesycenia posiłkiem i o to właśnie chodziło! 😀 Około 14 wróciliśmy do hotelu, a ja zacząłem przygotowania do startu (cały żmudny proces przyczepienia numeru startowego, naszykowania stroju startowego, obuwia oraz wszelkich innych niezbędnych rzeczy). O 15:30 wyruszyliśmy na starówkę, chciałem być tam przed 16 aby obejrzeć start biegu towarzyszącego na 5 km. Na ulicach całe masy ludzi, wszystko poodgradzane, nie wyglądało to za ciekawie, w głowie jedna myśl „Cholera, jak i gdzie będę się tu rozgrzewał?”. Chwilę przed startem biegu na piątkę w pierwszej linii zobaczyłem kolegę Wojtka, machnąłem porozumiewawczo ręką, dostrzegł ten gest i również odpowiedział pozdrowieniem. 3,2,1 i ruszyli… Cała masa biegaczy walczących na krótszym z dystansów. Pooglądałem chwilę zmagania na trasie, po czym zostawiłem swoje rzeczy tacie i wyruszyłem na rozgrzewkę. Nie było faktycznie za bardzo warunków by potruchtać! Wszędzie tłumy! Musiałem wybiec daleko poza obręb starówki i tam szukać spokoju i wolności. Intuicja poprowadziła mnie rozsądnie, bo w bocznych uliczkach spotkałem wielu innych zawodników elity. Pozdrowiłem ich powitaniem i uniesieniem ręki, oni odwzajemniali gestem lub słowem.

Przebieżki dogrzewające w strefie rozgrzewkowej, tuż przed startem honorowym / Foto: AK-ska Photo

Czas płynął nieubłaganie, przetruchtałem prawie 5 km, zrobiłem solidne 35 minut gimnastyki i… dowiedziałem się, że o 17:10 będzie prezentacja zawodników! Pośpiesznie wykonałem dwa rytmy i pobiegłem w umówione miejsce, czyli pod pomnik Neptuna. Tam w specjalnie wyznaczonej strefie na trasie można było się dogrzewać w dalszym ciągu, a akredytowani reporterzy z różnych mediów pstrykali foty i nagrywali wideo. Po kilku minutach od przybycia zaczęła się oficjalna prezentacja, zawodnicy byli wyczytywani przez spikera według ściśle określonej kolejności. Moje nazwisko znajdowało się jako 26 w kolejce i taki też numer startowy został mi przydzielony. Po zaprezentowaniu biegaczy elity zostaliśmy ustawieni w rzędach i starter wykonał start honorowy, z dobiegiem 400m do startu ostrego. Przetruchtaliśmy spokojnie, jednak około 100m do baneru (gdzie znajdował się start właściwy) nastąpił zryw do szybkiej przebieżki przez całą naszą grupę… Taki mały impuls, taki mały tik nerwowości nadchodzących wydarzeń! 🙂

Start ostry, czyli właściwe miejsce startu! / Foto: pzla.pl

Zostaliśmy ponownie ustawieni na starcie właściwym. Starter po angielsku ponownie objaśnił kiedy nastąpi wystrzał i przypomniał o tym, że biegamy 10 okrążeń po 940m + dobieg na początku. Następnie zaczął odliczać już po Polsku: 10,9,8,7,6,5,4,3,2,1… STRZAŁ! I ruszyli!

Foto: AK-ska Photo

Niesamowity zryw elity biegaczy afrykańskich podziałał na wszystkich jak przysłowiowa płachta na byka! Nikt nie kalkulował, cała wielka fala biegaczy ruszyła z niesamowitym impetem. Ja byłem mniej więcej około 14-15 miejsca, staram trzymać się końcówki pierwszej grupki. Mijamy pierwszy kilometr, garmin pokazuje kosmiczne wskazania 2:50 min/km!!! Rzucam cichutko pod nosem bardzo niecenzuralne słowo na literkę k z końcówką mać! 😀 Odrobina lęku miesza się z ekscytacją!

Foto: AK-ska Photo

Ale zaraz karcę się w duchu i myślę „Nie po to tu przyjechałeś, żeby się bać”, zwalniam do tempa około 3:00 i staram się trzymać w zasięgu wzroku pierwszą grupę zawodników. Na drugim kilometrze wyprzedza mnie kilku biegaczy, jednak tempo wciąż jest mocne! 2kę zamykam z czasem 5:50, wciąż za szybko! Trzeci kilometr garmin wybija w 3:03, co daje całe trzy km w 9:03! Kolejny czwarty kilometr jest już znacznie wolniejszy bo 3:18/km i właściwie od tego momentu zakończyło się dla mnie bieganie, a zaczęły Tantalowe męki!

Foto: AK-ska Photo

Piątkę przelatuję w około 15:50, co daje jeszcze teoretyczną perspektywę na przyzwoity wynik. Niestety, ale moje ciało i mięśnie zalewał wręcz kwas mlekowy! Cierpiałem, nie mogłem się poderwać do szybszego biegu, tempo 3:20/km i ani drgnęło! Nie byłem w stanie tego zmienić, biegłem samotnie wbity w jednostajny rytm… Na 6 kilometrze zostałem wyprzedzony przez kolejnego zawodnika Dawida Garskiego, a na domiar złego dociągnął również do mnie Patryk Sowiński!

Słabnę… ale się nie poddaję! / Foto: AK-ska Photo
Walka bark w bark! / Foto: AK-ska Photo

Słaby, zmęczony, zasapany starałem się nie pozwolić przejść Patrykowi ani na krok w przód! Walka „bark w bark” trwała przez kolejne dwa kilometry! Pod koniec ósmego kilometra Patryk zaczął mi stopniowo odskakiwać, przewaga rosła z minuty na minutę. Nie miałem sił, motywacja do walki była ogromna, chciałem gonić, ale ciało nie chciało współpracować zupełnie! Jedyne na co było mnie było stać to zryw na 9 km do tempa 3:17/km. Jedyna myśl jaka mi towarzyszyła to „byle do końca, nie poddawaj się i walcz o każdy jeden metr, o każdą jedną sekundę”! Gdy widziałem baner mety poderwałem się do finiszu mając dwójkę słabnących chłopaków przed sobą! Sowiński wyprzedził Garskiego, który wyraźnie stracił energię, to była szansa! Próbowałem jeszcze dać z siebie więcej! Niestety zabrakło mi 6 sekund! Zakończyłem na 21 miejscu OPEN z czasem 33:21, zajmując zarazem 15 miejsce w klasyfikacji Mistrzostw Polski.

Koniec męki, teraz czas na przemyślenia i wyciągnięcie odpowiednich wniosków! / Foto: AK-ska Photo

Było mi przykro, byłem wkurzony, doprawdy nie sądziłem, że tylko tyle zdołam z siebie wykrzesać! Tym bardziej, że 20 pierwszych miejsc open było nagradzanych! Nie dzisiaj, nie w tym roku, po prostu nie! Ale taki właśnie jest sport: brutalny, nieprzewidywalny i mocno uczący pokory! Przybiłem pionę z tatą, przebrałem koszulkę i poszedłem roztruchtać. Po drodze spotkałem klubowego kolegę Michała „Wentyla” Wendlanda wraz z dziewczyną. Zamieniliśmy kilka słów i dołączył do truchtania. W międzyczasie odbyłem rozmowę z trenerem Edwardem Rydzewskim, podczas której wyciągnęliśmy kilka istotnych wniosków:

  • tempo pierwszych kilometrów było zbyt szybkie, zgubna taktyka (pamiętajcie tak się NIE biega! )
  • trasa w całości po „kocich łbach”, pełna ostrych zakrętów!
  • 10 okrażeń to zdecydowanie nie jest coś co lubią zawodnicy (dla kibiców mega widowiskowe, ale dla nas zabójcze)
  • pogoda „nie dopisała” łagodnie mówiąc, miało być chłodno, a było 23-24 stopnie i słońce
  • nogi nabite obozowymi kilometrami nie chciały współpracować, prawdopodobnie za późno zjechałem ze Szklarskiej Poręby na start (przypomina mi się powiedzenie, którego często używaliśmy wraz z przyjacielem Bielikiem na tegorocznym obozie „Noga wypoczęta, a noga zmęczona, to dwie różne nogi” !!! 😀 )

Po „schłodzeniu” mięśni truchtem umówiliśmy się z Wentylem na wieczorne piwko na mieście, dla rozluźnienia atmosfery 😀 🙂 I na tym w zasadzie można zakończyć całą opowieść. Co było dalej? Pogaduchy w knajpce, dobre żarełko i piwerko! Czyli „Gdańsk nocą” i wszystko to co mało ma związku ze sportem 🙂 Ale w końcu każdy z nas jest tylko człowiekiem. Pozostaje wyciągnąć wnioski i wrócić do Gdańska bogatszym w doświadczenie i silniejszym za rok!!! 😀

2 komentarze

  1. Przemo, pierwsze koty za płoty, doświadczenie na takiej imprezie przyda się w przyszłości, a co do 1 km to chyba większość to ma, niby masz zegarek i widzisz że jest za szybko, a i tak sobie myślisz, może dziś jest ten dzień konia i to utrzymam :). Niemniej brawo za walkę do końca, a Szklarska na pewno jeszcze odda w tym roku, pozdr.

    1. Dzięki za dobre słowa Robert! 🙂 Doświadczenie zostało, przeanalizowałem błędy i w przyszłym roku będę chciał „wziąć rewanż” na Dominiku! 🙂 Walka do samego końca, bez względu na wynik to bardzo ważna cecha! Sądzę, że to jest kwintesencja sportu! Pozdrawiam! 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *