Bieg na Wielką Sowę, czyli gdyby było trudniej to by było łatwiej…

Skoro tak bardzo lubię podbiegi, to w końcu trzeba było się sprawdzić w biegu tylko pod górę. Padło na Bieg na Wielką Sowę. Wcześniej myślałam także o udziale w Biegach Śnieżnickich w Międzygórzu, które miały rangę Mistrzostw Polski w biegu alpejskim. Jednak zawody te były rozgrywane 27 lipca, czyli tego samego dnia, w którym odbywał się Półmaraton Karkonoski… Długo biłam się z myślami, czy nie zrezygnować z udziału w biegu w Karkonoszach na, ale ostatecznie wybrałam Karkonoski.

Wracając do Sowy, to ciekawiło mnie w czym tkwi fenomen tego biegu, że zapisało się na niego ponad 1000 uczestników! Tak liczna obsada wynika zapewne częściowo ze świetnej organizacji tego biegu i pozostałych atrakcji zapewnionych przez organizatorów. Przykładowo możliwość zakupu ciast czy pierogów od miejscowych gospodyń czy losowanie nagród (w tym wycieczki na Lazurowe Wybrzeże i innych „ciekawszych” fantów tj. pościel, donice ogrodowe, gaśnica :P).

W pakiecie były takie piękne filcowe sówki od Filcowanki-Cudawianki!
Fot. Organizator

Dodatkowo rozgrywane są tu co roku Mistrzostwa Polski Weteranów, co również wpływa na wzrost liczebności uczestników. Natomiast mocna obsada, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn, wynika zapewne z dość wysokich nagród finansowych.

Fot. Organizator


Zgodnie z przewidywaniami, pojawili się mocni zawodnicy. Przykładowo wśród mężczyzn: Sylwester Lepiarz (zwyciężał już na Sowie, zdobył tytuł Mistrza Polski we wspomnianym biegu w Międzygórzu), dwóch mocnych Ukraińców, Jacek Sobas, Grzesiek Gronostaj, Kamil Makoś, Piotr Koń. Wśród kobiet pojawiła się m.in. pierwsza czwórka pań z Mistrzostw Polski w Międzygórzu: Zuzanna Mokros, Anna Ficner, Maria Czok, Martyna Masłowska oraz m.in. Beata Lupa (PB na 10km 34:07!!!), Katarzyna Wilk i sporo innych mocnych dziewczyn.

Fot. Organizator


Star zaplanowano na godz. 11:00. Niedzielny poranek był bardzo ciepły. Rozgrzewkę rozpoczęłam ok. 10:15 – 2 km truchtu, ok. 10 min. ćwiczeń, 2 rytmy. 

Na starcie było mega ciasno, jeszcze nigdy nie stałam w takim ścisku. Ruszyliśmy!

Fot. Organizator

Pierwszy kilometr prowadził po asfalcie. Potem wbiegliśmy na leśną ścieżkę. W sumie to ciężko mi opisać poszczególne etapy biegu, czy podzielić ten bieg na sensowne części. Zapamiętałam najistotniejsze z mojego punktu widzenia momenty:

1. Długi asfaltowy podbieg w okolicach 3 km – nie wiedziałam na jakiej pozycji biegnę, nie oglądałam się za siebie, przed sobą też nie widziałam żadnej dziewczyny.

2. Na 4 km, gdzie znajdował się ostry podbieg po trawie zobaczyłam przed sobą jakąś zawodniczkę (jak się potem okazało, była to Maria Czok – brązowy medal MP w biegu w Międzygórzu) i wtedy się zaczęło… „poczułam krew” i zaczęłam ją gonić!

Fot. aktywna Świdnica

3. Na 5 km byłam tuż zaledwie kilka kroków za nią.

4. Na moje nieszczęście, na biegu alpejskim pojawił się kamienisty zbieg (w sumie to nawet dwa zbiegi) i tam zostałam trochę z tyłu.

5. Okolice 6-8,5 km, to jak na bieg w stylu alpejskim teren wybitnie „niealpejski” – trasa była w miarę płaska… O ile na pod górę byłam tuż za zawodniczką biegnącą na 5 pozycji, to na bardziej płaskich fragmentach uciekała mi na kilkadziesiąt metrów. Ale ja cały czas walczyłam. Nie pamiętam biegu, na którym w ostatnim czasie tak dużo z siebie dałam! Aż się bałam szukać swoich zdjęć z tego biegu, bo na każdym kolejnym wyglądałam gorzej :P. Cały czas goniłam! Nie liczyło się dla mnie totalnie, co dzieje się z tyłu. Ani razu nie obejrzałam się. Nie pilnowałam czy nie doganiają mnie dziewczyny (jak się potem okazało, kolejna zawodniczka wbiegła na metę aż 2 min za mną). Liczyło się tylko gonienie dziewczyny przede mną i walka o 5 miejsce.

6. Ok. 1,5 km przed metą zaczął się podbieg – wiedziałam, że to moja ostatnia szansa. Zaciskałam zęby i leciałam do przodu. Na ostatnim kilometrze, co 100 m znajdowała się tabliczka z oznaczeniem ile metrów pozostało do mety. Paradoksalnie chciałam żeby to nie był ostatni kilometr, bo doganiałam ją! Chciałam żeby meta się oddalała. Byłam już naprawdę blisko! 

Ostatnie metry przed metą! (z każdym kolejnym zdjęciem wyglądam gorzej :D)
Fot. Jan Brzeziński

7. 200 m przed metą widzę Jacka. Krzyczy, że mam gonić, że już ją prawie mam. Przycisnęłam jeszcze bardziej. Byłam już tak blisko… Niestety meta też była już blisko nas, dosłownie kilka kroków przed nami… Rozum wiedział, że już „po ptakach”, że nie wywalczę 5 pozycji, ale serce dalej rwało do przodu! Przegrałam o 5 sekund… Na mecie padłam na kolana. Chwilę tak klęczałam. Było mi przykro, że nie wywalczyłam tej 5 pozycji. Jednak nie byłam na siebie zła, bo wiedziałam, że walczyłam do ostatnich metrów. Nie mogę sobie zarzucić, że odpuściłam. Oczywiście cały czas analizowałam (i zastanawiam się nadal), co mogłam zrobić żeby jednak być to oczko wyżej. Może mogłam wcześniej zaatakować, może powinnam zmusić się do szybszego biegu na płaskich odcinkach, może…, może… Jedno jest pewne, można mi zarzucić, że nogi miałam tego dnia „za wolne”, ale głowa sobie poradziła. Na następnych zawodach muszę po prostu bardziej cierpieć. Nie ma innej rady.

Ostateczna klasyfikacja na mecie: 1. Zuzanna Mokros, 2. Anna Ficner, 3. Beata Lupa, 4. Martyna Masłowska, 5. Maria Czok, no i 6 Karolina Obstój… Wielki szacun dziewczyny!!!
Mężczyźni: 1. Sylwester Lepiarz, 2. Pavel Olijnyk, 3. Andrzej Starzinskij, 4. Jacek Sobas (juhu!!! :)), 5. Grzesiek Gronostaj (Wrocławskie Iten ;)).

Podsumowując, gdyby było trudniej (czyt. więcej pod górę) to byłoby łatwiej (przynajmniej dla mnie ;))… Ale nie ma co gdybać, czasu już nie cofnę, biegu nie powtórzę, tego dnia i w tej obsadzie, stać mnie było jedynie na 6 miejsce. Paradoksalnie, dostałam dzięki temu ogromnego kopa motywacyjnego. Z jeszcze większym zacięciem będę teraz robiła mocne treningi. Dlaczego? Dlatego, że wiem jak bardzo chciałam tego dnia być choć jedno miejsce wyżej.

Zastanawia Was pewnie, czemu tak mi zależało, żeby być 5 a nie 6, przecież to i tak nie pierwsza trójka. Pomijając fakt, że w tym biegu dekorowanych jest 5 pierwszych zawodników, walcząc o 5 miejsce naprawdę nie pudło miałam na celu. To, że walczę o 5 miejsce, a nie o pierwsze, drugie czy trzecie, nie miało dla mnie znaczenia. Liczyła się sama istota walki. Sam fakt, że chciałam wyprzedzić zawodniczkę przede mną się, że nie zadowalało mnie 6 miejsce. Ja po prostu walczyłam. I chcę walczyć nadal!

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *