Bieg na Wielką Sowę

Na Sowie pierwszy raz startowałam rok temu, więc trasę znałam. Żeby jednak odświeżyć w głowie profil, tydzień przed zawodami wybraliśmy się z Jackiem, Anią i Dawidem Lulisami na rekonesans. Przypomniałam sobie, że poza trzema solidnymi podbiegami, ta trasa ma bardzo dużo odcinków w miarę płaskich, a nawet zbiegów! Liczy niecałe 10 km i około 600 m przewyższenia.

Na tegorocznym Biegu na Wielką Sowę odbywały się również Mistrzostwa Polski w biegu alpejskim (pod górę) . To mój pierwszy start w MP i od razu rekord frekwencji uczestników 😀 Paka zawodników i zawodniczek była mocna! Ale w sumie dobrze, trzeba biegać z najlepszymi 😉

W sobotę po południu pojechaliśmy już do Krzyśka, który mieszka w Świebodzicach – Krzychu też startował, więc przekimaliśmy się u niego i rano pojechaliśmy razem do Ludwikowic.

W związku z całym tym zamieszaniem covid’owym zawodnicy zostali podzieleni na 4 sektory, które startowały w odstępie ok 30 min. W sumie, to tych sektorów było nawet 5, bo grupa elity (Mistrzostwa Polski) startowała o 8:59, a kilkadziesiąt sekund za nami startowała grupa nr 1. Zawodnicy startujący np. o 11:00 trochę narzekali, bo im później tym goręcej, a patelnia tego dnia była konkretna. Jednak organizator chcąc przeprowadzić zawody musiał podzielić nas na grupy…

Covid’owa, przedstartowa rzeczywistość.
Fot. Krzysztof Gulbinowicz

Odebraliśmy pakiety (dostałam koszulkę XL… Nie rozumiem kompletnie tej idei dawania byle czego, byleby dać… Nie można zrobić koszulek tylko dla chętnych?) i poszliśmy na rozgrzewkę. 2km truchtu + ok 15min sprawności i 3 przebieżki. Ciepło było, więc rozgrzewka nie musiała być bardzo długa.

Ok. 8:50 ustawiliśmy się na starcie. Trochę się stresowałam, ale to był taki mobilizujący stres… Przed czym? Po prostu wiedziałam, że ten bieg będzie bolał. Nie bałam się bólu, tylko tego, czy dam radę zmusić się, żeby nie odpuścić kiedy będzie bolało, czy głowa da radę przycisnąć i to przetrzymać.

Ruszyliśmy. Wiedziałam, że pierwszy kilometr będzie szybki, bo prowadzi lekko w dół po asfalcie. Po około 400m bardzo się zdziwiłam, bo nagle skręciliśmy z asfaltu w prawo na trawiastą ścieżkę. Nie wiem, czemu trasa została zmieniona w porównaniu do zeszłego roku. Nie zaczęłam jakoś wyjątkowo mocno. Myślę, że biegałam w okolicach 9-10 miejsca wśród kobiet.

Kilkadziesiąt sekund po starcie zawodników biorących udział w MP, wystartowała pierwsza grupa około 150 zawodników. Wśród nich m.in. Krzysiek Gromala i Dawid Lulis. Zastanawiałam się, czy i kiedy chłopaki mnie dogonią 😉

Po ok. 2km zaczął się długi asfaltowy podbieg. Zaczęłam wyprzedzać ludzi. Biegłam już na ok 7 pozycji. Lubię takie długie jednostajne podbiegi. Temperatura mi wcale nie przeszkadzała. Lubię ciepło i dość dobrze znoszę takie temperatury.

Na 5km jest już mega solidny podbieg do schroniska Orzeł. Lubię ten odcinek! Wyprzedziłam tam jedną z dziewczyn, a może dwie (?), nie pamiętam dokładnie. Finalnie okazało się, że biegałam na 6 pozycji. Na podbiegu dostrzegłam przed sobą Iwonę Wichę – biegłyśmy razem na TatraTrail w Kościelisku. Od razu przypomniały mi się tamte zawody. Im bliżej było do szczytu podbiegu, tym mocniej się zbliżałam do Iwony. Zaczęło mnie to bardzo motywować. W głowie miałam cały czas, żeby ją gonić!

Na podbiegu przy schronisku Orzeł

6 i 7 km to zbieg po dość nierównej powierzchni, korzenie, kamienie. Tak, bieg alpejski, a tu zbiegi 😀 Na zbiegu Iwona zaczęła mi trochę uciekać. W ogóle nie oglądałam się za siebie. Byłam w trybie ścigania, a nie ucieczki.

Zbieg za schroniskiem Orzeł
Fot. Daniel Suchenia (nie poznałam Cię! 😀 Dopiero jak wracałam to zorientowałam się, kto mnie tak dopingował 😉 Dzięki!)

8 i 9 km to odcinki wypłaszczone, po trawie. Na jednym z zakrętów 90 stopni usłyszałam za swoimi plecami czyjś szybki oddech. Pierwszy raz obejrzałam się do tyłu. To był Krzysiek Gromala. Zmobilizował mnie do jeszcze szybszego biegu. Zaczęłam już nie tylko gonić, ale też uciekać 😉 Finalnie na mecie zameldował się 1 sekundę za mną 😀

Jak bardzo tego chcesz?
Fot. Krzysztof Gulbinowicz

600m przed metą zaczął się stromy podbieg. Widziałam Iwonę przed sobą, ale nie dałam rady jej już dogonić. Wygrała ze mną przede wszystkim na tych przelotówkach/wypłaszczeniach. Te ostatnie 600m jest naprawdę ciężkie. Zaciskasz wargi, zaciskasz pięści, nogi palą! Tu się naprawdę walczy samemu ze sobą. Wpadłam na metę jako 6ta kobieta z czasem 50:02.

Tu właśnie widać jak „wpadam” na metę 😀
Fot. Dziki Park Przygody

Od razu, na samej mecie, położyłam się na trawie. Musiałam trochę poumierać 😀

Jakaś dziwna żyła wodna na tej mecie 😛
Fot. Dziki Park Przygody

Czy jestem zadowolona? Początkowo się wkurzyłam, że znowu (tak jak rok temu) jestem 6ta, a nagradzanych jest pierwszych 5 miejsc. Po chwili, kiedy emocje opadły zdałam sobie sprawę, że przecież w tym roku obsada zawodników była bardzo mocna, bo przecież były to MP. Przede mną były same mocne i utytułowane już zawodniczki, więc wstydu nie ma 😉

Dawid – fizjo, biegacz i jeszcze fotę ogarnie – człowiek orkiestra 😀
Fot. Dawid Lulis
  1. Martyna Masłowska 46:59
  2. Anna Ficner 47:26
  3. Dominika Wiśniewska-Ulfik 48:40
  4. Anna Celińska 48:53
  5. Iwona Wicha 49:42
  6. Karolina Obstój 50:02

Trenuję i startuję dalej! 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *