„Biegacz” Charlie Engle – recenzja

Charlie Engle nie miał łatwego życia. Przez wiele lat brał narkotyki i nadużywał alkoholu. Najbardziej niesamowite jest jednak to, że mimo iż był narkomanem, to nadal biegał! Nie wiem, skąd brał na to siły?! Któregoś razu na ostatnich kilometrach maratonu kibice poczęstowali go piwem. Zapewne sądzili, że Engle odmówi, ale skądże! Wypił dwa piwa i pobiegł dalej. Oczywiście z przystankiem na wymiotowanie…

Na szczęście jego uzależnienie od biegania było większe niż od pozostałych używek. Zamienił jeden nałóg na drugi. Skończył brać narkotyki i bieganie pochłonęło go jeszcze bardziej. Przebiegł całą Saharę. Brał udział w wielu ekstremalnych biegowych wyzwaniach. Realizował wiele biegowych wyzwań i ciągle stawiał sobie nowe ultraradykalne cele.

Kiedy wydawało się, że wyszedł już na dobre na prostą, trafił do więzienia… I to, o ironio, nie z powodu narkotyków czy alkoholu! Jednak nawet to go nie złamało. Jak sobie poradził? Biegał! Bieganie było odpowiedzią na wszystko, przede wszystkim na przeciwności losu.

Bieganie nie było dla niego TYLKO sportem. Jemu bieganie najpierw uratowało życie, a potem stało się sensem życia i sposobem na życie. Dzięki bieganiu wyszedł z uzależnienia od narkotyków. Dzięki bieganiu przetrwał więzienie (notabene, w więzieniu przebiegł Badwater! Oczywiście na czterystumetrowym więziennym spacerniaku…). Dzięki bieganiu zwiedził prawie cały świat. Dzięki bieganiu żyje i – mam nadzieję – jest szczęśliwym człowiekiem.

Ciekawa książka z przesłaniem, że ze wszystkim można sobie poradzić. Masz problem? Załóż buty i biegnij! 🙂