Bieszczadzkie 26km – relacja z zawodów

W tytule postu widnieje 26 km. Tak nazywał się dystans, na którym wystartowałam: 26km podczas VIII Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki. Aczkolwiek nie wiem, czy tytuł jest trafny, bo mimo nazwy „26km…”, organizator podał, że trasa ma 24km, a de facto przebiegliśmy 25km. Bądź tu mądry. Zawody w górach rządzą się swoimi prawami 🙂

Ostatnio sporo osób pytało mnie i Jacka, czy my w ogóle startujemy w zawodach bez uprzedniego rekonesansu trasy. Ostatnio faktycznie tak się złożyło, że kilka tras obiegaliśmy przed zawodami, ale nie wszystkie. Zdarza się nam oczywiście startować „w ciemno”. Aczkolwiek, jeśli jest to możliwe, to korzystamy z możliwości poznania trasy. Jest to mega ułatwienie. Już nie raz przekonałam się, że profil trasy nie do końca oddaje realia. Warto poznać trasę, żeby wiedzieć co nas będzie czekało i jak rozłożyć siły. Tym razem było „ahoj przygodo!”, czyli trasę znaliśmy tylko z profilu i z opowieści znajomych. Biegłam w ciemno, tym bardziej, że nigdy nie biegałam jeszcze w Bieszczadach!

Fot. UltraLovers

Do Cisnej przyjechaliśmy w czwartek. W drodze okazało się, że od soboty 10 października, czyli od dnia startu, powraca nakaz noszenia maseczek w miejscach publicznych. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy zostaną zmniejszone również limity uczestników imprez sportowych i czy wpłynie to w jakikolwiek sposób na organizację zawodów…? (Na szczęście nie wpłynęło). W piątek poszliśmy na możliwie najbardziej płaski szlak na 11km rozruchu. Pospacerowaliśmy trochę po Cisnej. Pod wieczór poszliśmy odebrać pakiety. Mimo że deklarowaliśmy w zgłoszeniu godzinę odbioru pakietów (jak się domyślam w celu rozładowania kolejki), to kolejka była tak długa, że staliśmy w niej chyba z godzinę!

W oczekiwaniu na odbiór pakietu
Fot. UltraLovers

Start odbywał się w dwóch falach, skorelowanych z odjazdem kolejki do Solinki. Bowiem nasz dystans miał start w Solince, a metę w Cisnej. Organizator podał, że startujemy między 8:00 a 9:00, więc de facto nie wiedzieliśmy, o której wystartujemy. Pierwsza kolejka odjeżdżała o 6:50, druga o 7:10. Ja z Jackiem jechaliśmy tą pierwszą. Podróż trwała ponad 30 min. Dobrze, że na starcie można było oddać depozyt, bo rano było chłodno. Od razu przypomniał mi się start na TransGranCanaria, gdzie bardzo wymarzłam na starcie… Problemem była jednak mała ilość czasu na rozgrzewkę. Dojechaliśmy ok 7:25, poszliśmy jeszcze siusiu w krzaczki, więc rozgrzewać zaczęliśmy się ok. 7:35… Późno! Zdążyliśmy zrobić tylko 1km, pomachać dwa razy rękami i już trzeba było oddawać ciepłe ubrania do depozytu i lecieć na start. Na łapu capu ta rozgrzewka. Ja lubię mieć na nią więcej czasu, żeby wszystko zrobić na spokojnie.

Szkoda, że organizator nie wpadł na pomysł, żeby czołówkę najmocniejszych zawodników puścić razem. Najmocniejszą kobietą na tym dystansie była Paulina Tracz, która startowała w następnej fali, więc nie miałam nawet przez chwilę okazji pościgać się z nią . De facto biegłam cały czas z facetami. Nie to, że mam z tym problem 😛 Wiem, że Paulina jest mocniejszą zawodniczką ode mnie, ale ja właśnie muszę „czuć krew”, żeby dać z siebie wszystko! Oczywiście, leciałam mocno, ale jestem pewna, że gdybym miała inną kobietę koło siebie / przed sobą, to poleciałabym mocniej. No ale cóż 😉

Wróćmy na start! o 8:00 wyruszyliśmy z Solinki. Pierwsze 2 km prowadziły po szerokiej, lekko pofalowanej, szutrowej ścieżce. Na ok. 3 km zaczęła się zabawa. To że było pod górę, to luz. W końcu to zawody górskie. Jednak na trasie pojawiła się jeszcze jedna przeszkoda, a nawet z 50! W ramach festiwalu biegowego były rozgrywane również zawody dla żołnierzy, tzw. Maraton Selekcja. Biegli ok 25 km z dziesięciokilogramowymi workami z piaskiem w plecakach. Organizator puścił ich na trasę zaledwie kilka minut przed nami, więc spotkaliśmy się w najgorszym z możliwych miejsc, czyli na stromym i mega wąskim podbiegu! Niezliczoną ilość razy krzyczałam „lewa wolna!”. Wyprzedzałam więc nie tylko zawodników z mojego dystansu, ale również żołnierzy. Wystarczyło puścić ich tuż po nas i byłoby po problemie.

Ten stromy podbieg trwał ze 2 km. Kolejne 2 km również prowadziły cały czas pod górę, ale trochę łagodniej. Potem zaczął się odcinek góra-dół. W sumie, to tak właśnie zapamiętam ten bieg! Cały czas pod górę i lekko w dół, ale zdarzały się też miejsca dość płaskie, gdzie można było się rozpędzić, o ile ktoś miał na to jeszcze siły 😉 Łączne przewyższenie to ok 1200m.

Biegło się przede wszystkim po lesie. Sporo korzeni, kamieni i liści pod nogami. Obawiałam się błota, a nie było go wcale tak dużo! Najbardziej błotniste miejsce pamiętam z ok. 11 km, tuż przed wybiegnięciem na fragment asfaltu. Wpadłam tam po kostkę w błoto, więc na asfalt wybiegłam z ciut ciężkim butem 😉

Nie mam pojęcia, z jakiego odcinka trasy jest to zdjęcie. Ale raczej z drugiej połowy.
Fot. Michał Złotowski

Zbieg trwał ok. 3-4 km, czyli do 12 km w Roztokach Górnych. Stamtąd zaczął się kolejny, długi podbieg, ale pojawiały się tu krótkie zbiegi i wypłaszczenia. Podbieg był dłuższy, ale nie była to już jednostajna dzida w górę, jak na poprzednim podbiegu. Już nie podbiegałam tak szybko jak na początku, ale i tak szło mi całkiem nieźle. Nadal wyprzedzałam facetów, którzy uciekli mi na zbiegu. Podczas jednego z podbiegów, jeden z mijanych przeze mnie biegaczy powiedział: „Skąd Ty masz tyle siły?! Kur…!!! Pięknie ciśniesz pod górę!” 😀 Rozbawiło mnie to 😉 Myślę, że nawet się uśmiechnęłam 🙂

W okolicach 16 km wbiegliśmy na Okrąglik (1101 m). Na szczycie podbiegu był Jacek Deneka, czyli słynny UltraLovers. Krzyknął do mnie coś w stylu „Lecisz Karolinka!” Nie wiem czy odwdzięczyłam się uśmiechem, poniższe zdjęcie pokazuje, że być może nie 😛

Okrąglik. Ok 16km biegu
Fot. UltraLovers

Po minięciu Okrąglika było lekkie wypłaszczenie i potem znowu pod górę. W okolicy ok. 17 km, po wbiegnięciu na szczyt, tabliczki były dość niefortunnie ustawione w niewidocznym miejscu. Wbiegłam i nie wiedziałam czy biec prosto w dół, czy w lewo. Z dołu wchodzili biegacze (jak się okazało z dystansu an 14km). Zapytałam szybko, czy ktoś tamtędy zbiegał. Powiedzieli, że nie. Dobiegł do mnie następny biegacz z mojego dystansu, też nie wiedział w którą stronę lecieć. Aż w końcu zobaczyłam tę cholerną tabliczkę! Wszystko trwało zapewne kilkanaście sekund, ale wkurzyło mnie to trochę!

Następnie zaliczyliśmy Jasło (1153 m), potem Małe Jasło. Miejscami było trochę ślisko z powodu błota, więc pod nogami szukałam tylko kamieni i kępek trawy, żeby stabilnie postawić na nich stopę. Na ok. 19 km zaliczyłam małą, miękką glebę 😀 Chciałam ominąć błoto na środku ścieżki i skręciłam lekko w lewo, żeby je obiec. Tuż za drzewem leżała jmała gałąź, której nie zauważyłam i poleciałam jak długa na ściółkę z liśćmi. Lądowanie było miękkie, podparłam się na przedramieniu. Wstałam szybko lekko brudna, nawet ten upadek mnie trochę rozbawił. Przez następne 500m otrzepywałam się z resztek ziemi na całym ciele, nie wyłączając twarzy.

Na ok 20km zaczął się zbieg już do samej mety. Chwilami był naprawdę stromy! Co do mojego samopoczucia na trasie, to starałam się lecieć mocno i tak chyba było, bo na mecie byłam dość mocno zmęczona, ale i tak niedosyt czuję… Jak już pisałam wcześniej, sama nie umiem polecieć na maxa. Zawody i ściganie się z przeciwnikiem, a raczej przeciwniczką łeb w łeb pozwala sięgnąć po ostatnie pokłady energii. Pokazał to idealnie bieg w Polanicy, gdzie zbiegałam naprawdę mocno, dzięki temu, że miałam konkurentkę „na plecach”.

Ostatnie kilometry przed metą
Fot. Magdalena Sedlak

Jakieś 2 km przed metą przez chwilę biegliśmy ok 300-400 m szeroką, szutrową ścieżką, żeby znowu skręcić na stromy zbieg. Czasem aż łapałam się drzewa, żeby wytracić trochę prędkości! Dosłownie 200 m przed metą trzeba było przebiec przez rzekę… Uprzedzał nas o tym dzień wcześniej Daniel Gajos, którego spotkaliśmy w piątek na rozruchu. Mówił, że będzie można przebiec wodą albo przez słup, który leży w rzece. Dobiegłam do tej rzeki. Żadnego słupa nie widziałam! Żołnierze stojący po drugiej stronie krzyknęli, że płyty w rzece są śliskie. Przeleciałam jak dzik przez tą wodę po kostki. Okropnie biegnie się w mokrych butach! Stopy się ślizgają, mało co orła nie wywinęłam. Dobrze, że ta rzeka była na końcu a nie na początku. Jacek potem się dziwił, że przebiegłam przez wodę, bo on pokonał rzekę suchą stopą przebiegając po słupie! Kurde! Gdzie był ten słup?! Przecież ja go nie widziałam!

Przeprawa przez rzekę tuż przed metą. Gdzie był ten słup? Chyba tylko dla Jacka go położyli 😛
Fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

Meta! Najdziwniejsza moja meta. Bo niby dobiegłam pierwsza, ale kto to wie, która będę oficjalnie. Przecież Paulina Tracz jest mocniejsza. Nie podejrzewałam nawet żebym mogła wygrać. Paulina dobiegła kilkanaście minut po mnie. Podobno wystartowali 20 min po nas, więc domyślałam się, że jestem najprawdopodobniej druga. Najprawdopodobniej, bo coś się zrąbał pomiar czasu i oficjalne wyniki były dopiero po kilku godzinach. Ze swojego miejsca się cieszyłam, ale jakieś mega radochy nie było. Byłam za to dumna, że Jacek wygrał Ranking na RMT pokazywał, że pretendentem do zwycięstwa jest Robert Faron, ale przecież to nie rankingi decydują o wynikach, tylko my, więc Jacuś wrzucił mu kilka minut 🙂

Tuż po wbiegnięciu na metę

Wieczorem odbyła się dekoracja. Statuetki z wilkami, które tworzy Rafał Krupa z Sobotki, wrócą na Dolny Śląsk! 🙂

Nasze wilki!
Fot. Damian Giżyński

Krótkie podsumowanie biegu:

PLUSY

  • bardzo dobrze oznaczona trasa! Czerwone tabliczki ze strzałkami były na każdym kroku! (Tylko w jednym miejscu tabliczki brakowało, o czym wspomniałam powyżej.);
  • gdyby komuś zależało na fotach, to było bardzo dużo fotografów na trasie. Ja wypatrzyłam chyba ze 4 🙂

MINUSY

  • szkoda, że organizator nie zorganizował wspólnego startu zawodników z czołówki. Byłaby fajniejsza rywalizacja;
  • nagrody… Dobra, nie biegam dla nagród, bo oczywistym jest, że się dokłada do tego biznesu, ale na naszym biegu byli naprawdę mocni zawodnicy i dostaliśmy tylko siatę z jakimiś gratisami od sponsorów… Tym bardziej, że dystans 52 km i 90 km został fajnie nagrodzony! To że biegniemy krócej oznacza, że mniej się męczymy?! Jesteśmy słabsi? A intensywność? Możecie myśleć co chcecie, ale dla mnie słabe… Bardzo słabe… W sumie ostatnio coraz częściej biegi, które mają w nazwie „dużego” sponsora, jakoś niewiele oferują zawodnikom… Tu był Hyundai. No i…?

Ogólnie impreza na plus, ale oszołomiona nie jestem 😀