Chojnik: Półmaraton z Górką (i z górki też)

„Każdy ma (niestety) własny punkt widzenia, który mu przeszkadza dostrzegać punkt widzenia innych.” Jeśli chcecie poznać, jak wyglądał z mojej perspektywy Półmaraton z Górką podczas Chojnik Festiwal Biegowy, to zapraszam do czytania!

Tydzień przed Chojnikiem, startowałam w TriCity Trail w Wejherowie. Na szczęście nie sponiewierałam się za bardzo tymi zawodami – przez cały bieg nie czułam na plecach oddechu konkurencji i udało się dowieźć zwycięstwo do mety z bezpieczną przewagą. Z perspektywy zbliżającego się Chojnika, taki obrót sytuacji był dla mnie bardzo korzystny.

W tygodniu poprzedzającym zawody czułam się dobrze. Jeśli chodzi o trening, to robiłam tylko wybiegania, rytmy i oczywiście trochę core’a. Bez sensu byłoby robić jakiś mocniejszy akcent pomiędzy jednymi i drugimi zawodami.

Fot. Filip Basara

Nadszedł dzień zawodów. Rano klasyka: woda, kawa, wafle ryżowe z dżemem i jedziemy na start. Ok. 8:20 zaczęłam rozgrzewkę – 1km truchtu, około 15 min ćwiczeń. Wiele osób pytało: „to co, dziś znowu wygrywasz?”. Przyczynkiem do tych pytań było zapewne w sporej mierze moje uczestnictwo w cyklu treningowym Chojnik Maraton, w którym dzieliłam się swoimi szeroko pojętymi przygotowaniami do zawodów. Nie przepadam za takimi pytaniami. Wiem, że ludzie nie mają nic złego na myśli, ale ja nie mam przycisku „tryb zwycięstwa”…, wygrywanie to nie jest automat. Zdecydowanie bardziej wolę pytanie: „chcesz wygrać?”. Wówczas mogę z całą pewnością odpowiedzieć: „oczywiście!!!” 🙂

Fot. Filip Basara

Start. Ruszyłam swoim rytmem. Już od startu wyklarowały się dwie małe grupki. Pierwsza na przedzie, licząca kilku chłopaków w tym m.in. Łukasz Baranow, Mateusz Goleniewski, Radosław Langner i Marcin Zych. Druga, w której biegłam m.in. ja i Piotr Łątka.

Fot. Filip Basara

W myśl zasady „suma rzeczy małych, czyni rzecz wielką”, często dzielę sobie w głowie biegi na części. Traktuję konkretną trasę, jak układankę z klocków – pokonanie każdego etapu pozwala mi wewnętrznie „odhaczyć” dany odcinek trasy, pochwalić samą siebie („dobra robota”) i lecieć dalej w poczuciu, że wieża z klocków pnie się w górę i nie mogę tego zniszczyć! Tym razem podział był taki:

  • Ok. 1-8 km – lekki podbieg, w miarę przyjemny trailowy odcinek. Na tym etapie trzymałam się we wcześniej wspomnianej drugiej grupce. Żeby czymś zająć głowę, liczyłam sobie w myślach, którą pozycję open zajmuję – wychodziło mi, że w okolicach 7-10 miejsca. Ogólnie ten etap był taki ni to łatwy, ni to trudny. Idealny na początek. Chyba w okolicach 7/8 km nagle minął mnie jeden z zawodników z czołówki… zawrócił… czemu…? co się stało…?
  • Ok. 8-13km – najbardziej stromy podbieg! Zdecydowanie mój odcinek! Tak, na to czekałam! Na tym etapie zaczęłam wymijać facetów! Wyprzedziłam m.in. mojego dobrego kolegę Marcina Zycha (wiedziałam, że mi się zrewanżuje na zbiegu :P). Podbiegało mi się naprawdę fantastycznie! Oczywiście, chwilami przechodziłam do szybkiego marszu, ale starałam się jak najszybciej wracać do biegu. Po drodze spotkałam m.in. Olgę z Selerem (piesio), która swoim dopingiem dała mi niezłego kopa! Na końcu podbiegu okazało się, że lecę na 4 pozycji open. Nie ukrywam, że mnie to bardzo ucieszyło :).
  • Ok 13-17km – kamienisty odcinek, początkowo w miarę płaski, potem zbieg. Ten etap zleciał ekspresowo, zapewne dzięki ciągłemu mijaniu się z zawodnikami z innych dystansów. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie pozdrowienia, miłe słowa i zagrzewanie do walki! Nie wszystkim byłam w stanie odpowiedzieć słowem, czy nawet mrugnięciem oka, za co przepraszam. Jednak priorytetem było skupienie się na trasie i patrzenie pod nogi. Niemniej, dodaliście mi skrzydeł! Dziękuję!
  • Ok. 17-23km – asfaltowy zbieg Przełęczą Karkonoską. Wiedziałam, że będzie to najgorszy odcinek… 6 km zbiegu po asfalcie, to była masakra! Współczułam moim nogom… Szukałam jakiegoś miękkiego pobocza, ale praktycznie nie dało się pobiec więcej niż kilka metrów po podłożu innym niż asfalt. Do tego ciągła mijanka z rowerzystami, którzy chyba również mieli jakieś zawody. Czekałam tylko kiedy ten zbieg się skończy. Po drodze wyprzedziło mnie oczywiście kilku facetów, ale tylko trzech 😉 (w tym m.in. Marcin, który tylko krzyknął: „fajnie, że na mnie poczekałaś”, żartowniś 😀
  • Ok. 23-27 5km – odcinek od Przesieki aż do zamku Chojnik. Raz pod górę, raz w dół, trochę po Przesiece, znowu rowerzyści, do tego wycieczki szkolne… Cały czas widziałam przed sobą Marcina, co mnie cieszyło, bo obok szarf, był dla mnie potwierdzeniem, że nie pomyliłam trasy, ponieważ miał zgranego tracka w zegarku. Biegło mi się w miarę spoko. Na schodach na Chojnik przypomniało mi się jak w zeszłym roku w tym miejscu spotkałam Gosię Łabuz – ja wówczas biegłam półmaraton, a Gosia 70 z hakiem. Obie miałyśmy tam niezłą bombę 😀 W tym roku czułam się w tym miejscu dużo lepiej.
  • Ok. 27,5-29 z Chojnika na metę. Drugi najgorszy odcinek na tej trasie to zbieg z Chojnika po skałach. Tu już czułam, że muszę być bardzo ostrożna. Co prawda, ani razu nie oglądałam się za siebie, w celu sprawdzenia czy nie mam na ogonie żadnej dziewczyny, ale w tym miejscu poczułam taki wewnętrzny spokój. Pomyślałam sobie, że teraz pozostało mi już tylko bezpiecznie dotrzeć do mety. Zbiegałam na prawdę bardzo ostrożnie.
Fot. Marcin Oliwa Soto

Jakieś 500m przed końcem zaczął padać deszcz. Widziałam już bramę mety i spikera krzyczącego, że wbiega pierwsza kobieta.

Na ostatnich metrach towarzyszą mi różne emocje. Czasem jest to wielka radość, czasem niedowierzanie. Tym razem był to spokój. Radość i ulga, że to już koniec oczywiście też, ale nie pękałam z dumy, po prostu pomyślałam sobie „dobra robota!”.

Fot. Joanna Antoniak – Witek

Byłam nawet trochę wzruszona. Łzy żadnej nie uroniłam, ale to pewnie dlatego, że jak już płaczę to najlepszym ukojeniem jest przytulić się do kogoś bliskiego (najlepiej do Jacka). A że Jacka ze mną wyjątkowo nie było (miał akurat spotkanie z Asics w Olsztynie), za to byli „obcy” faceci, to głupio było się do nich tulić :D. Tym bardziej, że zewsząd pełno fotografów :p Nic by się nie ukryło… :p Pozostało mi zatem napić się wody, zjeść arbuza, pogadać ze znajomymi i… przebiec świńskim truchtem 1km z Marcinem, naiwnie mając nadzieję, że może to pomoże zmniejszyć gruz w nogach chociaż o kilka procent… (Nie pomogło. Następnego dnia truchtałam pierwsze kilometry po 6:00 min/km ;)).

Fot. Jacek Deneka / Ultra Lovers

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *