City Trail #5 – 19 minut rozmienione!

25 stycznia, sobota rano. Wyspana, ale oczy tylko lekko podpuchnięte (jak śpię powyżej 9 h, to wyglądam potem jak panda, wory pod oczami na maxa). Kawka. Dwa wafle ryżowe z babcinym dżemem. Gryz banana od Jacka.Klika stron biografii Otylii Jędrzejczak i jedziemy na City! 

Na dworze mroźnie, ale słońce się przebija. Zabrałam ze sobą zarówno Salomon S-lab (lepsze gdy jest choć trochę ślisko lub grząsko) i Adidas Adizero Adios (typowa asfaltówka, nadają się na City, gdy podłoże jest suche lub zmrożone). O tym, które założę zdecyduję po rozgrzewce, kiedy wybadam trasę. W sumie wolałabym Adiosy, bo to w nich zrobiłam dotychczasową życiówkę na City ;), czyli 19:02 na biegu lutowym w 2019 r.

Na poprzednie City (które odbywało się wyjątkowo w tym samym miesiącu, na początku stycznia) jechałam z nadziejami na szybkie bieganie. Choć w sumie to nie wiem, czemu wyobrażałam sobie wówczas, że pobiegnę szybko (po cichu liczyłam na życiówkę), bo przecież byłam dopiero co po obozie w Szklarskiej, gdzie kilometraż – jak to na obozie – był spory. Wtedy poleciałam 19:15. Spoko, drugi wynik na tej trasie, ale życiówki nie było.

Tym razem na nic się nie nastawiałam. Ma być szybko i już. Bez nastawiania się na czas.

Jacek pojechał też do lasku Osobowickiego, ale nie startował, tylko robił w tym czasie wybieganie. Jeszcze przed rozpoczęciem rozgrzewki, przybiegł do mnie i krzyknął: „Zdecydowanie Adios!” Myślę sobie super! Chciałam w końcu założyć ponownie tego buta na City. 

Stoimy na starcie. Nawet nie jest mi zimno. Słoneczko delikatnie świeci. Start! Ruszyliśmy. Nagle po kilku sekundach od startu, słyszę krzyk jakiegoś faceta. Krzyczy głośno. Nawet się nie odwracam, bo jest taki ścisk, że jeszcze w kogoś wbiegnę. Myślałam, że po prostu ktoś się w tym tłumie przewrócił i inni wpadli na niego. Dopiero na mecie okazało się, że jeden z zawodników – Radek (podopieczny Jacka) nadział się na wystająca sztycę szlabanu. Z otwartą raną brzucha i dużym bólem nogi pojechał do szpitala. Na szczęście skończyło się tylko na mocnym stłuczeniu. Nie wiadomo w sumie jak do tego doszło. Po zdjęciach widać, że przy szlabanie stało dziecko. Być może oparło się przez przypadek o ten szlaban i dlatego się otworzył…? Potem dowiedziałam się, że nie tylko Radek został przez ten szlaban poszkodowany…

Pierwsze metry po starcie
Fot. Tomasz Pawlicki

Po ok. 500 m od startu stał Jacek. Krzyknął: „Karolka, ma być szybko!” 
Pierwszy kilometr zapamiętałam jako watahę ok 8 dziewczyn biegnących bardzo blisko siebie. M.in. Emilia Liputa, Karina Minorczyk, Justyna Grzywaczewska, Joanna Adamska, reszty dziewczyn nie pamiętam. Było ciasno, zdarzyło się nawet, że potrąciłyśmy się przez przypadek łokciami. Pierwszy kilometr poleciałam w 3:47. Jakoś specjalnie nie kalkulowałam w głowie tego czasu. W sumie pierwszy kilometr nigdy za wiele mi nie mówi, bo City często zaczyna się mocno, czasem za mocno, więc nie ma co się roztrząsać nad pierwszym kilometrem. 

Drugi kilometr to dalsze tasowanie się z dziewczynami. Karina i Emilia się urwały z naszej grupki dziewczyn, ja biegłam następna. W sumie nie wiem co się działo za moimi plecami bo się ani razu nie odwróciłam. Zegarek pokazał, że drugi kilometr poleciałam w 3:55. Zobaczyłam ten czas i pomyślałam sobie: Dobra, już po życiówce. Skoro 2 km był taki wolny, a 4 km będzie pewnie jeszcze wolniejszy (bo prawie zawsze tak mam na City), to już za dużo sekund stracisz i pewnie już tych 19 min nie złamiesz. Nie wiem czemu tak pomyślałam… Były to zbyt wczesne szacunki. Ale co najważniejsze, nie poddałam się! Od razu postanowiłam sobie: „OK, może życiówki nie zrobię, ale zrobię wszystko, żeby to był jak najlepszy bieg w moim wykonaniu. Będę walczyć!”

Zgodnie z przyjętym bojowym nastawieniem, trzeci kilometr przeleciał w 3:42. Szybko, ale wcale się tym jakoś nie uradowałam, bo przecież kilka minut temu przecież uznałam, że życiówki i tak dziś nie dam rady zrobić 😀 

Czwarty kilometr oczywiście najwolniejszy… Chyba jakaś żyła wodna tam przechodzi 😀 albo GPS wariuje. Kiedy piknął 4 km, nawet nie zerknęłam na zegarek, bo nie chciałam się wkurzać, że jest tak wolno 😛 Dopiero później sprawdziłam, że był w 4:05, choć mam co do tego wątpliwości… Bo chyba aż tak nie zwolniłam?! Chyba faktycznie GPS musi się tam gubić 😀 Tak gwoli ścisłości, to czasy z kilometrów, które podaję to są wyniki złapane przez zegarek. Nie robię ręcznych lapów, bo w tym ferworze walki zapewne nie trafiłabym w odpowiedni guziczek i zastopowała zegarek 😉

Jakieś ok. 300 m przed metą
Fot. Tomasz Pawlicki

Piąty kilometr to już walka na całego! Sapałam jak lokomotywa! W ogóle nie patrzyłam na tempo w jakim biegnę tylko cisnęłam do przodu. Na jakieś 500 m przed metą stał Jacek. Coś krzyknął, ale już nawet nie pamiętam co. Czułam, że na plecach mam jakąś dziewczynę. Była to Asia Adamska. Walczyłam do samego końca żeby mnie nie machnęła na ostatnich metrach do mety. Co mnie to kosztowało mobilizacji, to tylko ja wiem 😀 Niestety, machnęła mnie na dosłownie kilka metrów przed metą… ale wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam sobie nawet siarczyście przekląć, bo zobaczyłam że na zegarze jest czas 18:44!!! WTF?! Jak do tego doszło? Nie wiem! 😀 😀 Oficjalny czas to 18:43! Bieg, który z jednej strony spisałam w swojej głowie na straty pod względem życiówki, okazał się zakończony solidnym PB! A to wszystko zasługa głowy i odpowiedniego pokierowania myślami. Nie skupiłam się na czasie, tylko na wykonaniu jak najlepszego biegu. Tylko tyle i aż tyle.

Fot. Piotr Oleszak

Na mecie aż musiałam sobie usiąść na jakimś pieńku, żeby spokojnie dojść do siebie. Fajne te przełaje! 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *