City Trail – czas start!

Czy jest ktoś kto nie słyszał o cyklu CityTrail? Jeśli taki biegacz się uchował, to szybko przybliżę zasady. 10 miast, 6 biegów co miesiąc od października do marca. Trasa to przełąjowe 5 km. Nie ma dekoracji po każdym z biegów, jest klasyfikacja dopiero po całym cyklu. Żeby być klasyfikowanym trzeba zaliczyć co najmniej 4 biegi w danym mieście. Po więcej szczegółów odsyłam na https://citytrail.pl/

Zapewne część z Was zapyta, a po co mam biegać taką piątkę?! Ja też tak kiedyś pytałam ze zdziwieniem. Jak zaczynałam biegać, to w głowie miałam tylko maraton. Uważałam, że to jedyny słuszny dystans i tylko maraton uczyni ze mnie „prawdziwego” biegacza. A piątka czy dycha? Phi! Każdy głupi tyle pobiegnie 😛 Oczywiście piszę to z dużym przekąsem i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jeśli ktoś był wtedy głupi, to właśnie ja 😛 Teraz już wiem, że pobiec naprawdę szybką piątkę (oczywiście na miarę własnych możliwości) jest mega trudno i z wielkim szacunkiem podchodzę do ludzi, którzy biegają 5 km na wysokim poziomie. Teraz optyka mi się zmieniła i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że każdy (kto regularnie potrenuje) to może pokonać maraton, ale już pobiec szybką piątkę niekoniecznie. 

Miał być napis na numerze #NieMaMiętkiejGry, ale się nie zmieścił (każdy może spersonalizować napis na numerze).


Wracając do tematu, CityTrail polecam każdemu! Nieważne czy biegacie dychy, maratony czy ultra. Taka przełajowa piątka to świetny trening szybkościowy, który nauczy cierpieć na zawodach. Tak naprawdę ciężko jest pobiec taki dystans na maxa, bo nie każdy umie opuścić swoją strefę komfortu, ale warto uczyć się przesuwać tę granicę. Kiedy na mecie łamię się w pół i chce mi się wymiotować, to wiem, że dałam z siebie dużo!

Dla mnie te zawody są właśnie nauką cierpienia i przetarciem szybkościowym. W moim treningu jest bardzo mało tempa/interwałów. Większość biegów CityTrail odbywa się zimą, kiedy jestem w trakcie przygotowań do maratonu. Wtedy bazuję głównie na biegach w drugim zakresie (OWB2, BC2), to przede wszystkim one budują moją formę, a CityTrail jest okazją do podkręcenia tempa i zabicia monotonii treningowej. Większość City biegam na zmęczeniu i z dużych objętości (bo szkoda mi luzować przed zawodami na 5 km, skoro celem jest maraton i trzeba rąbać kilometry). I tutaj muszę powiedzieć, że mimo braku treningów typowo tempowych i bazowania na treningach w drugim zakresie – noga na City czasem się fajnie kręci. 

Wiem też, że na CityTrail biegają bardzo mocne dziewczyny i nie mam co liczyć na wysokie pozycje. Zresztą wrocławska edycja jest wyjątkowa pod tym względem! W żadnym innym mieście, gdzie organizowany jest CityTrail nie ma tylu szybkich dziewczyn i chłopaków! Nie zawsze się wygrywa, zresztą tak jak wspomniałam, City nie traktuję jako szansy na zajęcie wysokiej pozycji, ale przede wszystkim jako mocne przetarcie szybkościowe. Choć czasem żałuję, że nie odpuściłam jakiegoś treningu żeby odpocząć przed tą piątką i być na wyższej pozycji, ale zaraz sobie przypominam, że nie można mieć wszystkiego. Skoro szykuję się do maratonu to nie ma czasu na odpoczywanie przed piątką i trzeba przełknąć to, że nie ma świeżości na City, które nie są celem samym w sobie, lecz środkiem do celu.

Pierwszy październikowy start w edycji 2019/2020 poleciałam tydzień po Górskim Półmaratonie Ślężańskim. Przez cały tydzień robiłam tylko wybiegania i rytmy żeby odpocząć po Ślęży. Wybiegania szły nawet luźno, ale na rytmach nie było świeżości. Zatem do tego startu podeszłam bez jakichkolwiek oczekiwań i założeń. Tak naprawdę nie wiedziałam na co mnie stać po kilku miesiącach startów w górach i świeżo po połówce na Ślęży.

Na start przyjechałam razem z Przemkiem Chatysem. Jacek nie startował, bo jest lekko przeziębiony. Jego nieobecność nie przeszła oczywiście niezauważona i chyba każdy z kim rozmawiałam zapytał: „Gdzie Jacek?”, albo krzyknął: „Pozdrów Jacka” :). 

Lało i było zimno. Poszliśmy na rozgrzewkę ubrani bardzo ciepło. Człowiek odzwyczaił się od zimna ;). Jednak wystarczyło zrobić kilka kilometrów i na sprawności już mi było ciepło. Start! Od razu dostałam błotem po oczach 😛 (niepotrzebnie wczoraj wieczorem robiłam sobie maseczkę :D). Dwóch pierwszych dziewczyn się nawet nie trzymałam, bo to nie moja liga. Na moich prędkościach biegły dwie inne dziewczyny. Choć i tak zorientowałam się, że zaczęłyśmy za mocno, więc lekko zwolniłam. Biegłam na 5 pozycji. Po ok. 2,5 km wyprzedziłam jedną z dziewczyn. Trasa była miejscami błotnista. Kilka razy noga mi się lekko poślizgnęła, ale ogólnie moje Salomony dały sobie świetnie radę. Przed sobą miałam cały czas trzecią dziewczynę – Sylwię Pietroczuk. Trzymałam się jej, ale niestety nie dałam rady wyprzedzić, jakoś nie miałam depnięcia na końcu… i wpadłam na metę czwarta z czasem 19:37, przegrywając o 4 sekundy z trzecią zawodniczką.

Brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko!

Zważając na to, że ostatnio biegałam ciągle po górach, a jak wiadomo po górach nie ma szybkości 😉 to z wyniku jestem zadowolona. Nie jest ze mną tak źle ;). Jednak z całą pewnością muszę przyznać, że zapomniałam jak to jest biegać szybką piątkę! Na mecie nie czułam się zajechana, nie było zgięcia w pół i nie chciało mi się wymiotować :D. Nie potrafiłam się dziś zmęczyć na maxa, ale obiecuję, że w listopadzie będzie ogień i cierpienie na mecie, bo… cierpiąc wzrastasz! Pamiętajcie, piątka musi boleć!!!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *