Drugi bieg City Trail

Miesiąc poprzedzający City Trail

Niedługo po październikowym CT rozpoczęłam roztrenowanie. Trwało 10 dni. Biegałam mało i spokojnie, po ok. 7 km co kilka dni. Za to skupiłam się na innych aktywnościach – robiłam dużo więcej core’a, chodziłam na basen i saunę.

Po zakończeniu roztrenowania, spędziliśmy z Jackiem 9 dni w Szklarskiej. Zazwyczaj pobyty w górach wiąże się z dużym kilometrażem, tym razem jednak skupiliśmy się na spokojnym wprowadzeniu w trening. Kilometraż dzienny wynosił niewiele, jak na nasze dotychczasowe pobyty w Szklarskiej, bo ok. 20 km. Były to głównie wybiegania, wycieczki biegowe, rytmy (po stadionie lub po trawie), dopiero ostatniego dnia zrobiliśmy lekki BNP (bieg z narastającą prędkością) na Reglach (leśna ścieżka w Szklarskiej). Kilometrów nie robiliśmy dużo, ale za to sporo czasu poświęciliśmy na core (m.in. z piłką lekarską), ćwiczenia z miniband’ami, płotki, ćwiczenia na poprawę techniki biegu (np. wchodzenie na skrzynię z unoszeniem kolana). Było tego naprawdę sporo! Kilka razy skorzystaliśmy też z sauny, no i oczywiście odwiedzaliśmy rzekę, żeby się trochę zregenerować w zimnej wodzie.

Wschód słońca podczas porannego rozruchu w Szklarskiej

Ze Szklarskiej wróciliśmy tydzień przed CT. Dzięki takiemu spokojnemu wprowadzeniu do treningu po roztrenowaniu, pierwszy bieg ciągły (OWB2/BC2) zrobiłam – ku mojemu zaskoczeniu – w bardzo dużym komforcie (12km w tempie 4:22)! Często po roztrenowaniu, pierwsze szybkie treningi są wielką męczarnią. Nigdy nie zapomnę, jak któregoś roku robiłam ciągły akurat na Zakręcie Śmierci w Szklarskiej. Tempo było naprawdę marne, a ja sapałam jak lokomotywa i ledwo zipiąc wycedziłam przez zęby do Jacka „nigdy więcej nie zrobię roztrenowania!!!” 😀 Tym razem na szczęście dzięki spokojnemu wprowadzeniu w trening (wybiegania, rytmy i wycieczki biegowe przez 11 dni pomiędzy zakończeniem roztrenowania a pierwszym biegiem ciągłym) biegło mi się na luzie.

Rozgrzewka przed CT

Na start jechaliśmy we trójkę – ja, Jacek i Przemek. Przy okazji zaliczyliśmy nieplanowaną wycieczkę po Wrocławiu :D, bo nie wzięliśmy pod uwagę tego, że to przecież okres Wszystkich Świętych i w okolicach cmentarzy obowiązuje tymczasowa zmiana organizacji ruchu… Do lasu Osobowickiego dojechaliśmy jednak na szczęście z dużym zapasem czasu. Odebraliśmy numery i poszliśmy się rozgrzewać: 4 km spokojnego biegu, ok. 10 min ćwiczeń i 3 rytmy. Pogoda była bardzo dobra – ok. 8 stopni, przebijające się przez chmury słońce. Na rozgrzewce zrobiło mi się ciepło. Żałowałam, że nie wzięłam z domu krótkiego rękawka i byłam skazana na bieg w długiej koszulce…

Nie czułam jakiegoś wyjątkowego przedstartowego „podniecenia” ani stresu. Miałam świadomość, że kosmicznego czasu nie nabiegam, bo przecież jeszcze na to nie pora, dopiero wdrażam się w trening i na wykręcanie życiówek na CT dopiero przyjdzie czas. Totalny luz.

Bieg

Na starcie pojawiło się sporo młodych biegaczy, którzy wrocławski CT potraktowali jako „przetarcie” przed młodzieżowymi MP U23 w przełajach, więc wiedziałam, że na dobrą pozycję (jak miesiąc temu, kiedy byłam 4ta) nie ma co liczyć 😉

Ruszyliśmy! Nawierzchnia była lepsza niż w październiku, bo nie było błota, więc nie ślizgałam się. Biegło mi się też bardziej komfortowo niż ostatnio, bo nie było takiego ścisku jak poprzednio. Prawie w ogóle nie patrzyłam na zegarek. Zerknęłam może z 5-6 razy podczas całego biegu. Z jednej strony dobrze, bo nie hamowałam się i poleciałam odważnie, z drugiej – trochę szkoda, że na 4km nie zerknęłam na zegarek, bo akurat na tym kilometrze tempo mi trochę spadło i być może jakbym to zobaczyła, to bym się zmobilizowała do przyspieszenia. Nie miałam jakiegoś wyczuwalnego kryzysu po drodze. Nawet na 3 km, gdzie zazwyczaj zaczyna się robić ciężko, wyprzedziłam kilku mężczyzn pod rząd 😉 Poszczególne kilometry wyszły następująco: 3:53, 3:54, 4:01, 4:10, 3:30. Po tym widać, że jednak najcięższy był 4 km.

Pierwszy kilometr biegu
Fot. Andrzej Szczot

Najbardziej emocjonującym momentem biegu była oczywiście końcówka. Przez dłuższy czas czułam, że na plecach biegnie mi jakaś dziewczyna. Nie oglądałam się. Wiozła mi się na plecach i zaatakowała dosłownie na kilka metrów przed metą! Kuba, który biegł obok mnie krzyknął „Karolcia! Leć!!!” Ale ja niestety nie mam takiej „końcówki”, jaką miała ta dziewczyna… Bardzo ładnie, taktycznie mnie pokonała 😉 Wleciałam na metę jako 9 kobieta z czasem 19:28. Byłam zadowolona z czasu. Lepszy o 9 sek. od październikowego CT, więc jest to dobry prognostyk na przyszłość. Jeszcze bardziej byłam zadowolona z tego ile sił włożyłam w ten bieg. Przypomniałam sobie, co to znaczyć cierpieć na piątce. Na mecie ręce powędrowały na kolana, głowa też zawisła w tych okolicach. Było zmęczenie, ale oczywiście wiem, że można zmęczyć się dużo bardziej. Przecież nie chciało mi się wymiotować 😀 Obiecuję sobie i Wam, że z każdym kolejnym CT będę dawać z siebie więcej i więcej. Przecież w końcu musi pęknąć to 19 min!!! 😀

Zdjęcie tytułowe: Tomasz Pawlicki

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *