Górski Półmaraton Ślężański 

Biegi na Ślęży rzadko omijam, bo z Wrocławia to przecież rzut beretem. Zatem także i tym razem wybraliśmy się do Sobótki. Przed biegiem wiele osób pytało, czy ten jesienny półmaraton jest trudniejszy od półmaratonu, który odbywa się na Ślęży zimą w styczniu. Porównując oba biegi, ten październikowy jest zdecydowanie trudniejszy! Dwa razy wbiega się na Ślężę – pierwszy wbieg niebieskim szlakiem jest mega stromy, drugi już trochę łagodniejszy, ale za to dłuższy i przez to wchodzi w nogi jeszcze bardziej. Jednak – z mojego punktu widzenia – to nie wbiegi stanowią trudność, lecz zbiegi, które na październikowej edycji półmaratonu są naprawdę strome (szczególnie ten pierwszy zbieg za kościołem). 

Pierwszym założeniem, z jakim jechałam na tegoroczne zawody, było – nie zaliczyć gleby! Rok temu, na około 3 km przed metą poleciałam jak kłoda twarzą na kamienie. Pozbierałam się szybciej niż upadłam, pomacałam zęby, czy są całe i rura. Czułam, że warga puchnie, kolano krwawi, ale skoro nic nie uniemożliwiało mi biegu, noga nie bolała, to pędziłam do mety. Przecież prowadziłam wśród kobiet! Nie mogłam się ze sobą cackać. Skończyło się na szczęście tylko na wardze a’la Angelina Jolie, ranie na dłoni oraz skaleczonym i opuchniętym kolanie. W tym roku nie chciałam tego powtórzyć!

Na starcie oczywiście masa znajomych: m.in. Piotrek, Tomek, Ania i Dawid, Ewa, Sernik, Darek. Ruszyliśmy! Dwie dziewczyny wystrzeliły mocno do przodu, ale ja się nie podpaliłam. Jedna z dziewczyn – Karolina Witek, biegła półmaraton tak ja, a drugiej nie znałam – ale jak zobaczyłam, że biegnie bark bark z moim Jackiem, to stwierdziłam, że chyba lekko przesadziła z tempem (co prawda Jacek biegł maraton, gdzie tempo jest trochę wolniejsze, ale Jacek to Jacek, jego wolniejsze tempo jest i tak dla większości osób nie do wytrzymania :D). Z ową zawodniczką było tak jak podejrzewałam, za pewne przesadziła na początku i wyprzedziłam ją po jakichś ok. 2 km. Karolinę Witek doszłam na podbiegu, czyli na 4 km i od tego momentu już cały czas prowadziłam (choć podczas całego biegu przechodziła mi czasem myśl przez głowę, czy aby na pewno nie ma przede mną jeszcze jakiejś dziewczyny :D).

Podbiegało mi się luźno. W końcu czułam moc na podbiegu (nie to co na Krynicy…)! W ręku trzymałam żela, który w pewnym momencie na podbiegu mi wypadł, ale jakiś miły biegacz pomógł mi go złapać, więc tym samym nie straciłam źródła energii.

Pierwszy podbieg, o. 4-5 km
Fot. Paweł Młyński

Po dobiegnięciu na Ślężę kierowaliśmy się w kierunku paskudnego zbiegu za kościołem. Nie dość, że jest on trudny technicznie, to jeszcze kamienie były mega śliskie po deszczu. Zbiegałam ostrożnie. Po jakichś 2 km zbiegania trochę zwątpiłam, gdzie biec… W tym miejscu praktycznie nie ma szlaku, a szarf też nie było zbyt wiele, albo ja byłam jakaś ślepa. Zaczęliśmy lekko błądzić (ja i kilku mężczyzn), biegliśmy lekkim slalomem, w końcu jednak trafiliśmy na trasę. Kosztowało mnie to kilka przekleństw :D.

Potem zaczął się dość płaski odcinek w kierunku Przełęczy Tąpadła. Wszystko szło dobrze – samopoczucie spoko, żadnej dziewczyny na horyzoncie. Po dobiegnięciu do Tąpadeł polecieliśmy w kierunku Raduni. Kiedy zaczęłam zbiegać z Raduni poczułam, że zaczyna mnie łapać kolka! Ależ mnie to wkurza! Nie wiem skąd to dziadostwo się bierze! Postanowiłam, że spróbuję oddychać przeponą, jak zaleca Dawid. Myślę sobie, fizjo to się zna ;). Okazało się, że oddychanie przeponą podczas leżenia w łóżku i podczas biegu – a tym bardziej podczas zawodów – to dwie różne rzeczy 😀 Jednak mimo że robiłam to raczej nieudolnie, bo jeszcze nie mam w tym wprawy, to kurczę pomogło!!! I kolka minęła! Po chwili zaczęła łapać ponownie, drugim razem trzymała trochę dłużej, ale znowu próba uruchomienia przepony i puściło! Jednak coś ta przepona pomaga. Dzięki Dawid! ;). Na marginesie – zdałam sobie sprawę, że kolka ma też swoje pozytywne strony. Jak już puściła, to doceniłam jak cudownie jest biec i móc oddychać pełną piersią! Leciałam jak szalona! 😀 Tak mało do szczęścia potrzeba :D.
Na ok. 12 km zjadłam żela, a przebiegając obok punktu żywnościowego poprosiłam stojących tam ludzi o wyrzucenie opakowania po żelu do kubła. (Dostałam info, że wyrzucili :D) Dzięki! Uff dyskwalifikacji nie będzie :D).

„Wyrzucicie do kubła?!”
Fot. Aktywna Świdnica

Następne kilka kilometrów to odcinek szybki, z bardzo delikatnym podbiegiem. Biegłam szybko, ale bez żyłowania. Po drodze minął mnie tzw. „Pan Marek”. Krzyknął: „Karolcia! To Twoja góra!” Uśmiechnęłam się i pomyślałam, no jasne! Ciśnij! Przyspieszyłam trochę. Po w miarę płaskim odcinku zaczął się kilkukilometrowy, stromy podbieg na Ślężę. Bardzo lubię ten fragment! W ok. 90% go podbiegałam, z nóżki na nóżkę pod górę. W końcu mogłam powyprzedzać facetów, którzy uciekli mi na płaskim 😀
Kiedy dobiegałam już na szczyt zobaczyłam przed sobą Dawida (ten fizjo od przepony ;)). Widziałam, że był trochę zdezorientowany i nie wiedział dokładnie, gdzie biec. Gdybym biegłą tam po raz pierwszy też bym miała problem, bo na szczycie było lekkie zamieszanie, ogniska, tłumy ludzi! Zapewne nie kibiców, bo na nas biegaczy nie zwracali w ogóle uwagi… I musieliśmy się przepychać między nimi. Zaczęłam zbiegać razem z Dawidem. Musieliśmy kilka razy krzyknąć do ludzi, żeby zeszli nam z drogi. Wycieczki szkolne nie ułatwiały zbiegania :D. Kiedy przebiegaliśmy obok nich, jedno dziecko – tak niby mimochodem – krzyknęło w naszym kierunku „A najlepsi już na mecie” (brakowało jeszcze „terefere kuku”). Jedna z pań (zapewne nauczycielka) lekko go zganiła, mówiąc: „Każdy biegnie dla siebie!” Słusznie powiedziała. Trzeba uczyć dzieci kibicować wszystkim, a nie tylko najlepszym! Po drodze minął mnie Tomek, pytając czy może mnie wyprzedzić :P. Pozwoliłam :D, ale z zastrzeżeniem, że żadnej dziewczyny nie może puścić przed sobą 😀 To właśnie na tym zbiegu zaliczyłam rok temu glebę, więc zbiegałam bardzo ostrożnie i zachodziłam w głowę, jak ja się tu mogłam wywrócić! Przecież nie jest aż tak strasznie :D.

Spokojnie leciałam już do mety. Na ok. kilometr przed końcem, w miejscu gdzie ścieżka jest pochylona w jedną stronę, lekko mną zachwiało, ale równowagi nie straciłam i szybko wróciłam do pionu (core i ćwiczenia na stabilizację się przydają!).

Na około 2 km przed metą
Fot. Paweł Młyński

Meta! Byłam zmęczona, to oczywiste, ale muszę przyznać, że ten bieg nie kosztował mnie wyjątkowo dużego wysiłku. Nie było bezpośredniego pojedynku z żadną zawodniczką, nie musiałam się spinać. Całkiem inaczej się biegnie, kiedy kogoś gonisz lub przed kimś uciekasz, mając go cały czas na plecach. W tym przypadku to ja nadawałam tempo, biegłam swoim rytmem. Nie mogę powiedzieć, że był luz i swoboda, bo to w końcu zawody, ale też nie było jakiejś mocnej spiny.

Na mecie cieszyłam się oczywiście, że wygrałam, ale… Z jednej strony fajnie się wygrywa we względnym komforcie (mam na myśli to, że druga zawodniczka – Karolina Witek wbiegła na metę 7 min po mnie) i w sumie fajnie byłoby mieć jak najwięcej takich biegów :D, ale z drugiej strony, powiem Wam szczerze, że najbardziej cieszą zwycięstwa, kiedy w trakcie biegu ani na chwilę nie możesz odsapnąć, a na mecie ledwo stoisz na nogach. Taki paradoks ;).

Dobiegłam z czasem 2:10:58, 18 miejsce open. 16 miejsce zajął Dawid Lulis (tak, ten od przepony :P), a 17 – Tomek Kania. Brawo Panowie! Na mecie pogaduszki, foteczki.

Z Tomkiem Kanią i Dawidem. Ekipa na medal, a nawet trzy medale! 😀

Po jakichś 20 min poszłam potruchtać ze 2 km, poleciałam pod prąd biegu, więc pokibicowałam jeszcze zawodnikom różnych dystansów. Trafiłam akurat na Anię, która jak zobaczyła mnie biegnącą pod prąd, to zapytała z przestrachem: „A co Ty tu robisz?!” Wystraszyła się, że zabłądziła, skoro ja biegnę w przeciwnym kierunku ;). Ale pokazałam jej medal w ręku i krzyknęłam, że wszystko jest w porządku, a meta już blisko. Ania skończyła na 5 miejscu i 2 w K30, więc również wróciła do domu ze statuetką z niedźwiedziem, ręcznie robioną przez organizatora biegu Rafała Krupę.

Fot. Krzysztof Tatrocki

Czekaliśmy później sporą grupą na Jacusia, który biegł maraton. Trochę pobłądził (co kosztowało go ok 20 min nadprogramowego biegu) i ostatecznie zajął 3 miejsce. Podziwiam go, że z taką pokorą i spokojem przyjmuje błądzenie na trasie. Ja bym chyba klęła ile popadnie i strasznie się wkurzała, a on przyjmuje to z takim stoickim spokojem. Stale się uczę tego spokoju od niego.

Fot. Krzysztof Tatrocki

Po kilku dniach od zawodów, muszę przyznać, że bieg nadal siedzi mi w nogach. Wybiegania robi mi się nawet luźno, ale każda próba przyspieszenia, kończy się brakiem przyspieszenia 😀 Ciekawe co to będzie w sobotę na City Trail… :D. Na pewno będzie bolało i na pewno niestety (!) nie będzie wystarczająco szybko :D. Ale cóż… nie można mieć wszystkiego, albo jak to mawiają inni, nie da się siedzieć jedną dupą na dwóch weselach…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *