Krynica – 35 km i 2,6 km

W górach najczęściej startuję w półmaratonach, na tym dystansie zdecydowanie najlepiej się czuję. Mimo to już po raz trzeci wystartowałam w Krynicy w biegu na 35 km (w poprzednich latach dystans wynosił 34 km). To taki mały wyłom od mojej zasady. Na marginesie – często słyszę pytania, czy nie planuję jakiegoś ultra. Odpowiedź brzmi – nie! 😉 Na razie takie myśli nie przechodzą mi nawet przez głowę 😉

Do Krynicy przyjechaliśmy już w piątek. Odebraliśmy pakiety, odwiedziliśmy expo, poszliśmy na jakieś wykłady, no i oczywiście pogadaliśmy ze sporą liczbą znajomych.

Nie mogło zabraknąć zdjęcia od UltraLovers’a

Przewyższenie na tym biegu wynosi ok. 1520 m. Trasa ma trzy kulminacyjne momenty – trzy solidne podbiegi, a każdy z nich dłuższy i z większym przewyższeniem.

W tym roku start został przeniesiony na Słowację do Mniszka nad Popradem. Na Słowację pojechałam autokarem zapewnianym przez organizatora. Kierowca zafundował nam trochę atrakcji, ponieważ najpierw lekko pobłądził i musieliśmy zawracać, a potem gnał jak szalony krętymi, wąskimi uliczkami… Do Mniszka dojechaliśmy już ok. 9:30, czyli 2h przed startem! Co tu robić?! Tłum ludzi rozsiadł się pod sklepem spożywczym, w pobliżu startu. Ja osobiście unikam tłumów w takich sytuacjach i szukam ciszy, więc znalazłam sobie spokojną miejscówkę pod kolejnym sklepem spożywczym :P, oddalonym od tego pierwszego o jakieś 200 m.

Sklep na Słowacji, pod którym koczowaliśmy z 2 godziny 😉

Pogoda była dość przyjemna, ok. 16 stopni. Nie miałam ze sobą dodatkowych ciuchów do ubrania, ale wzięłam worek na depozyt z pakietu. Był tak wielki, że spokojnie zrobiłam z niego sukienkę przed kolanko i tym samym trzymałam ciepło przed zawodami 😉 Po kilkunastu minutach dołączył do mnie na ławeczkę Piotrek i tak sobie siedzieliśmy. Prawie jak w „Ranczo” w Wilkowyjach 😀 Na ok. 40 min przed startem zaczęliśmy rozgrzewkę. Standardowo 2 km truchtu, potem sporo ćwiczeń sprawnościowych, gadki-szmatki. 


Ustawiamy się na starcie. Od razu wypatrzyłam mocne dziewczyny, z którymi będę musiała  walczyć: Natalia Tomasiak i Kasia Wilk. Natalia mówiła, że jest zmęczona po Mistrzostwach Europy Skyrunning, w których startowała tydzień wcześniej, ale i tak wiedziałam, że ona nawet na zmęczeniu będzie mocna, tym bardziej, że to jej rodzinne tereny, więc zapewne ma obiegane te górki. Pierwszy kilometr był bardzo szybki, bo trasa prowadziła po asfalcie. Zaczęłam mocno, żeby trzymać się dziewczyn. Jednak już od pierwszych kilometrów czułam niestety, że dziś nie mam „dnia konia”, nie ma tego luzu w nodze. Oczywiście nie poddałam się już na starcie! Nic z tych rzeczy! Po prostu obiektywnie oceniłam sytuację i zdałam sobie sprawę, że lekko i przyjemnie nie będzie, ale trzeba zacisnąć zęby i walczyć! 😉 

Natalia zaczęła mocno, od razu prowadziła. Ja postanowiłam zacząć ciut spokojniej. Pierwsze kilometry biegłyśmy z Kasią blisko siebie. Potem urwałam się Kasi i biegłam na drugiej pozycji. Długo widziałam przed sobą Natalię, szczególnie mocno zbliżałam się do niej na podbiegach. Mimo, że podbieg to mój ulubiony fragment, to tym razem niestety ciężko mi wchodziły… Nerwowa atmosfera zaczęła się kiedy złapała mnie kolka… i zaraz po tym na ok 17 km wyprzedziła mnie Kasia. Biegło mi się wyjątkowo topornie. Jednak wiedziałam, że to dopiero połowa trasy i wszystko może się zdarzyć, jeszcze przecież mam szansę ją wyprzedzić. W głowie miałam trzy myśli: 1) chcę już metę 😀 2) chcę być co najmniej 3cia, 3) chcę arbuza 😀

Nie odpuściłam i dogoniłam Kasię na ok. 23 km. Potem cały czas biegłam na drugiej pozycji. Jak się później okazało Kasia siedziała mi cały czas na ogonie, a ja po 30 km czułam, że łapie mnie niezła bomba. Brakowało energii. Już naprawdę chciałam, żeby to się skończyło, ale z drugiej strony wola walki nie osłabła. Na ok 3 km przed metą dobiegła do mnie Kasia. Myślę sobie no fuck, nie teraz… 😀 Nie dość, że muszę walczyć ze swoją bombą, to jeszcze z Kasią :p Biegłam z nią przez jakiś czas bark w bark, ale mi uciekła… Goniłam, ale już nie dałam rady jej wyprzedzić i na metę dotarłam jako trzecia. Bieg był ciężki, ale kiedy tylko zobaczyłam metę, to uśmiechałam się od ucha do ucha 🙂

Tak długo wyczekiwana meta!
Fot. Natalia Podsadowska

Okazało się, że różnice na mecie między mną, Kasią i Natalią wynosiły około minuty, więc byłyśmy wszystkie bardzo blisko!

Na mecie z Kasią Wilk i Natalią Tomasiak

Mimo tego, że żałowałam trochę, że nie udało się dowieść do mety drugiego miejsca, to przede wszystkim byłam szczęśliwa, że walczyłam i że już się ta „zabawa” skończyła 😀 Było ciężko, ale jak mówi mój Jacuś – „cierpiąc wzrastasz”! Na mecie oczywiście foteczki, pogawędki z Natalią i Kasią oraz innymi zawodnikami. Na chwilę odżyłam.

Niech Was nie zwiedzie ten uśmiech 😀 5 min później padłam jak mucha 😉

Kiedy człowiek jest w centrum zainteresowania, to adrenalina daje mu siłę, a jak tylko wyszłam poza strefę mety czar prysł. Poprosiłam Jacka żebyśmy poszli do namiotu ze strefą dla dzieci. Tam położyłam się na wielkich pufach i dogorywałam. Piłam colę łapczywie, jak nigdy wcześniej. Leżałam tak chyba z 30 min. W końcu poszliśmy do mieszkania. A tam w lodówce czekał na mnie… ARBUZ. Mój Jacuś jest kochany! 🙂

Dekoracja
Fot. UltraLovers

Bieg na Jaworzynę
Jak wiecie, to jeszcze nie koniec krynickiej historii. 😉 Zapisując się na 35 km stwierdziłam, że skoro tyle jest biegów do wyboru, coś jeszcze muszę sobie wybrać. Padło na Bieg na Jaworzynę. 2,6 km, przewyższenie 470 m. Wiedziałam, że w nogach będzie gruz, ale postanowiłam z ciekawości wystartować. W sobotę, na mecie 35 km, sceptycznie podchodziłam do tego startu i żartowałam, że może jednak nie pobiegnę tej Jaworzyny, ale przecież #niemamietkiejgry! 😀

Zatem stawiłam się na starcie. Od razu wypatrzyłam ikonę biegów górskich – Izabelę Zatorską, znakomitą biegaczkę specjalizującą się w biegach długodystansowych i biegach górskich, wielokrotną medalistka MŚ w biegach górskich. Iza to „extra liga” biegów górskich. Mimo że jest już po 50, nadal jest niesamowita! Była też inna dziewczyna – Ola, typowana jako pretendentka do podium.

Ruszyliśmy. czułam, że nie ma petardy w nogach (ale czego się można było spodziewać, po sobotnich 35 km :p). Ola i Iza ruszyły mocno, a ja tuż za nimi. Zaczęłam spokojniej. Po niecałym kilometrze wyprzedziłam Olę i biegłam na 2 pozycji. Taki bieg pod górę z tak dużym przewyższeniem to naprawdę ciekawa sprawa. Polecam każdemu spróbować! Iza była kilkadziesiąt metrów przede mną. Metry uciekały, robiło się coraz stromiej i trudniej było przyspieszyć, a ja w około połowie dystansu zorientowałam się, że zbyt wolno zaczęłam. Goniłam Izę, przy mecie byłam już bardzo blisko niej. Nawet spiker krzyknął, że może jest szansa, że dogonię. Ale było już za późno, meta była blisko. Mogłam mocniej zacząć. Teraz to wiem, ale pierwsze koty za płoty! Byłam zadowolona.

Na mecie z Izą Zatorską

Na mecie długo rozmawiałam z Izą Zatorską, a potem wspólnie zjechałyśmy na dół kolejką. Chłonęłam jak gąbka wszystkie jej porady! Byłam zadowolona z tego biegu.

PS W drodze powrotnej chyba z dwa razy rzuciło mi się w oczy ogłoszenie „Kupię gruz”, niestety była to niedziela niehandlowa i gruz musiałam przywieść do Wrocławia… 😛

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *