Letni Bieg Piastów – Jakuszycka Dwunstka – dzień 2

O pomyśle startu dnień po dniu myślałam już od chwili kiedy postanowiłam pobiec kolejny raz półmaraton na LBP. Oczywiście najbardziej zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść na połówce. Jakuszycka Dwunastka miała być eksperymentem w startowaniu dzień po dniu. Choć co prawda już miałam kiedyś z tym do czynienia. Chyba 3 lata temu na Festiwalu w Krynicy w sobotę pobiegłam 35km po górach, a w niedzielę – za namową chłopaków, bo sama chyba bym się na to nie pisała 😛 – 10km podczas sztafety maratońskiej. Ciekawe doświadczenie 😀

Decyzję o tym, że pobiegnę również 12km podjęłam de facto w poniedziałek, czyli na kilka dni przed startem. Jakoś szczególnie nie rozpowiadałam o tym wszem i wobec, bo nie chciałam sama sobie robić ciśnienia z tym biegiem. Założenie było, żeby skupić się na sobotniej połówce, a w niedzielę zrobić tyle na ile nogi pozwolą.

Humor po sobotnim zwycięstwie mi dopisywał. Wróciłam do Szklarskiej. Cały dzień praktycznie już tylko odpoczywałam. Wybrałam się też oczywiście do rzeki, żeby schłodzić nogi. Energetycznie i mięśniowo czułam się dobrze.

W niedzielę rano było chłodno. Na bieganie pogoda w sam raz. Po 9 byłam już w Jakuszycach i poszłam na rozgrzewkę. Znowu pełno znajomych, czy to kibicujących czy startujących w zawodach. Wiele osób zapewne widząc mnie myślało, że przyjechałam pokibicować. Kiedy mówiłam, że biegnę trochę się dziwili 😉

Kilka osób napomknęło, że dziś mocna obsada wśród kobiet. Jacek sugerował mi, że moją największą rywalką będzie Gosia Moczulska. Ja też tak podejrzewałam. Znamy się z Gosią i lubimy. Gosia mimo że jest przede wszystkim ultraską, to jest też szybka! Wiedziałam, że muszę się jej trzymać.

Tuż przed startem
Fot. Rafał Bielawa

Start! Trasa liczy ok 12km i ma 250 m przewyższenia. Na pierwszym kilometrze mocno ruszyły dwie dziewczyny: Joanna Szmit (ma mecie 3) i Jagoda Durkalec (na mecie 5). Ja się nie podpaliłam i zaczęłam co prawda szybko, ale nie w takim tempie jak one. Pierwszy kilometr leciał po miękkiej trawie i sporym błocie. Trzeba było obiegać je bokami lub walić przez środek bagna. O upadek nie było trudno. Wg mnie bezsensowne było cisnąć tu na maksa skoro zaraz czeka nas ok. 4km biegu po asfalcie – najpierw płasko, potem lekko w dół. Trzymałam się ich. Za moimi plecami leciała Gosia Moczulska (jak się okaże było tak już niemalże do końca :P).

Za tym mostkiem kończyło się błoto i wbiegaliśmy na asfalt
Fot. Marcin Oliva Soto

Po kilometrze błota zaczął się odcinek asfaltowy. Po ok 400-500m asfaltu wyprzedziłam dziewczyny i byłam na prowadzeniu. Nie oglądałam się za siebie tylko robiłam swoje. Nie mam pojęcia kiedy dziewczyny się urwały. Została tylko Gosia.

Pełne skupienie. Lecimy!
Fot. Marcin Oliva Soto

Po 4km asfalt prowadził już lekko w dół. Łącznie ok 2 km zbiegu. Dobiegliśmy do Schroniska Orle, tam skręciliśmy w leśną ścieżkę. Tuż przed 6km czekał nas jedyny techniczny zbieg na tej trasie. Po czym podbieg i znowu powrót na Orle. Gosia cały czas na plecach 😉

Mijamy Orle po raz drugi. Znowu z Gosią 😉
Fot. Marcin Oliva Soto

Od Orlego (ok. 7,5km) zaczyna się odcinek prowadzący cały czas pod górę ze szczytem na Samolocie. Fajnie, że to ja nadawałam tempo i cieszę się, że ani na chwilę się nie złamałam i nie pozwoliłam Gosi wyprzedzić mnie. Jednak cały czas biegłam na spinie. Nie miałam ani chwili żeby spokojniej odetchnąć, bo Gosia tylko na to czekała. Gdybym ciut zwolniła, to na pewno to ona objęłaby prowadzenie. Czucie cały czas jej oddechu za moimi plecami było mega mobilizujące.

Myślałam, że zgubię Gosię na podbiegu, ale skubana trzymała się nadal. Nie podbiegałam może na miarę moich możliwości, bo jednak sobotni bieg siedział w nogach, ale i tak czułam się wyjątkowo dobrze! Uważam, że tempo miałyśmy bardzo przyzwoite i był to mimo wszystko szybki bieg w moim wykonaniu. W okolicach 10 km pojawiło się lekkie, chwilowe wypłaszczenie. Postanowiłam tam lekko przyspieszyć i spróbować się urwać. Nici z tego. Ja przyspieszam i Gosia również 😀

Atakujemy Samolot! Ludzie przed nami giną we mgle. Biegło się mimo wszystko przyjemnie. Zastawiałam się jak to będzie na końcówce. Skoro Gosia biegnie cały czas przy mnie, to już myślałam, że będzie ostre ściganie na ostatnich metrach! Kto zwycięży? Przecież mam zmęczone nogi po sobocie, pomyślałam. Nie mogę zostawić wszystkiego na ostatnie metry! Z drugiej strony przeszła mi przez głowę myśl, że przecież już wczorajsze zwycięstwo mam w kieszeni, więc jak dziś przegram, to nic się nie stanie. Na szczęście bardzo szybko przegoniłam tę myśl z głowy. Pomyślałam sobie, no co ty frajer jesteś?! Cały bieg prowadziłaś, cisnęłaś na zmęczonych nogach, żeby na końcu oddać zwycięstwo?! Oczywiście, nie zrozumcie mnie źle. Bardzo lubię Gosię i nic by się nie stało, gdyby to ona wygrała. Zresztą już na starcie powiedziałam sobie „jak nie Ty, to Gosia ma wygrać :D” Jednak zawody to zawody. Kolegujemy się, ale na trasie liczy się ściganie! Po to przecież wystartowałam, żeby to wygrać! Żeby wygrać dzień po dniu!

Dobiegłyśmy na szczyt Samolotu. Był to już prawie 11km, więc czekało nas ponad kilometr zbiegu. Nie mogłam teraz tego zepsuć!!! Początkowo zbiega się szeroką, szutrową „autostradą”. Bezpieczny zbieg. Takich się nie boję, więc puściłam mocno nogę! Cisnęłam ile się da! Mijający mnie turysta-kibic krzyknął, że mam 50m przewagi i żebym się rozluźniła i pochyliła do przodu. Wtedy dokładnie takich słów mi było trzeba! Zrobiłam co kazał. W ogóle to takie banalne, wydawałoby się porady, mega pomagają podczas biegu. Szczególnie na końcówce, kiedy człowiek jest już zmęczony i spina się, żeby jak najszybciej dobiec do mety. Dzięki za te słowa!

Jakieś 200m przed metą.

Zbiegałam chyba faktycznie szybko, bo Gosi nie było już za mną! W końcu 😛 Oczywiście nie oglądałam się za siebie, ale po prostu jej nie słyszałam. Tempo 12 kilometra to 3:29. Ostatnie 300m (zegarek zmierzył mi dystans ok. 12,3km) to odcinek siłowy po miękkiej trawie. Niby wiedziałam, że jest już blisko, ale aż krzyknęłam do kibicującej pani, czy to już koniec 😛 Powiedziała, że tak i że mam czysto za plecami.

Ostatni zakręt i meta!

Tempo było szybkie! 3:32! Wow! Nie spodziewałam się, że po tym trawsku tyle pocisnęłam! Dobiegłam pierwsza! Niepotrzebnie tak cisnęłam ostatnie metry przed metą – co widać na zdjęciach 😀 – bo i tak Gosi nie było tuż za mną.

Trochę dramatyzmu na mecie nie zaszkodzi 😛
Fot. Rafał Bielawa

Ucieszyło mnie to zwycięstwo! Tym bardziej dzień po dniu! Zadanie wykonane.

Szybko grymas bólu zamieniałam na uśmiech 🙂
Fot. Rafał Bielawa

Bardzo mnie też ucieszyło, że druga była właśnie Gosia! Mocna z niej babka!!! Bardzo jej dziękuję za ten bieg, bo to dzięki niej udało się tak mocno pobiec. Dodatkowo był to dobry trening dla głowy, żeby nie odpuścić. Przecież w momencie kryzysu mogłam posłuchać tego „złego wilka” w mojej głowie, który szeptał „Wczoraj przebiegłaś 22km, jesteś zmęczona! Odpuść, nic się przecież nie stanie. Wczoraj już wygrałaś. Wystarczy Ci!” Ja jednak posłuchałam tego „dobrego wilka”, który kazał walczyć do końca i… wyć na mecie jak kojot 😀 Co widać na poniższym obrazku 😛

Nozdrza pracują jak u konia, ale podobno wyję tu jak kojot do księżyca 😛
Fot. Rafał Bielawa

Pierwsza trójka kobiet na mecie:

  1. Karolina Obstój 55:02
  2. Małgorzata Moczulska 55:23
  3. Joanna Szmit 57:16
Radosne kobiety na mecie!
Fot. Rafał Bielawa

To był dobry weekend! Eksperyment się udał! Nogi zaskakująco dobrze działały. Pokazuje to, że byłam po prostu do tego podwójnego startu przygotowana. Napawa to optymizmem, że treningowa robota daje rezultaty 🙂

Fot. Rafał Bielawa

Miło było sporo z Was tam spotkać! Dzięki za doping, kibicowanie i gratulacje już po! 🙂

Pełne wyniki.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *