Letni Bieg Piastów – lubię wracać tam, gdzie byłam już

Na początku 2019 r. zarzekałam się, że w tym roku wystartuję w większej ilości biegów, w których jeszcze nie brałam udziału. Przecież jest tyle ciekawych zawodów i warto wybrać się w nowe miejsce… Jednak serce wzięło górę i znowu wybór padł w większości na biegi, w których już startowałam i które wspominam z sentymentem. Chyba w tym miejscu powinnam zaśpiewać za Zbigniewem Wodeckim „Lubię wracać tam, gdzie byłem już…”

Do Szklarskiej przyjechaliśmy z Jackiem już w piątek. Na spokojnie wieczorem odebraliśmy pakiety. Ja na półmaraton, a Jacek na połówkę i na niedzielną jedenastkę. Zachłanny 😀

Pakiet odebrany!

W sobotę rano na start do Jakuszyc pojechaliśmy razem z Tomkiem Kanią (kolega z Wrocławia i zawodnik Jacka). Wspólna rozgrzewka – klasycznie ok. 2 km truchtu, trochę dynamicznych ćwiczeń, 2 rytmy i ustawiamy się na starcie. Wokoło bardzo dużo znajomych twarzy.

Byłam dość spokojna, nie denerwowałam się. Czułam, że powinno być OK.

Często na starcie mam bardzo skupioną minę. Tym razem był pełen luz.
Fot. Marcin Oliva Soto

Start!

Fot. Marcin Oliva Soto

 Ruszyłam spokojnie. W sumie żadna z zawodniczek nie pokusiła się o sprinterski początek. Od samego początku miałam ten komfort, że biegłam pierwsza wśród kobiet, więc kontrolowałam miejsce w stawce.

Start w towarzystwie Kuby i Tomka
Fot. Marcin Oliva Soto


Pierwsze kilometry biegu prowadzą po asfaltowej ścieżce, więc można tam biec naprawdę żwawo. Od początku biegłam w towarzystwie wspomnianego na początku Tomka oraz Kuby Radeckiego (sąsiad z osiedla). Ok. 3,4 km był pierwszy punkt żywieniowy – ominęłam go. Nie czułam jeszcze potrzeby picia (zazwyczaj mało piję na zawodach). Na 4 km zaczął się w końcu górski odcinek – podbieg po trawie i miękkim podłożu. Było dość ciasno z ograniczonymi możliwościami wyprzedzania.
Zasadniczo na zawodach z nikim nie rozmawiam. Nawet jak ktoś mnie zagaduje, to grzecznie acz stanowczo informuję, że pogadać możemy sobie po biegu ;). Tym razem jednak byłam jakoś wyjątkowo rozluźniona i zamieniłam aż dwa zdania z Tomkiem i Kubą 😛 Czułam się naprawdę dobrze!

Minęliśmy schronisko Orle po raz pierwszy i skręciliśmy w lewo. Tam na leśnej ścieżce wypatrzyłam w krzakach Jacka Denekę, czyli UltraLovers. Często nie uśmiecham się do fotografów podczas zawodów, bo albo patrzę pod nogi, żeby nie złapać gleby, albo po prostu jestem bardzo skupiona na biegu. Tego dnia zrobiąłm wyjątek i soczyście się uśmiechnęłam, a nawet krzyknęłam „Siemaneczko!” 😉

Fot. Jacek Deneka / UltraLovers

Rzuciłam też do Tomka, że będziemy mieć ładne zdjęcie. No i mamy! 😀

Fot. Jacek Deneka / UltraLovers


Dość stromy, techniczny odcinek w dół po kamieniach jakoś przetrwałam. Około 10 km minęliśmy po raz kolejny schronisko Orle. W tym miejscu mijaliśmy się z zawodnikami, którzy dopiero przebiegali obok schroniska po raz pierwszy. Jakaś kobieta nawet krzyknęła „dawaj Karolina!”, ale niestety nie rozszyfrowałam kto to był. Niemniej jednak, miłe są takie okrzyki na trasie i bardzo za nie dziękuję 🙂
Potem zaczął się mój ulubiony odcinek, czyli długi ok. 5 kilometrowy podbieg. Wszystko szło dobrze, aż tu na ok 13 km dostałam kolki… Na szczęście w takiej lokalizacji, która pozwalała mi uciskanie bolesnego miejsca na brzuchu (kiedyś złapała mnie kolka na wysokości żebra, co uniemożliwiło uciskanie). Dość rzadko łapią mnie kolki i kompletnie nie mam pojęcia, jaka jest ich przyczyna. Raczej nie ma ona podłoża nerwowego. Z niczym też nie eksperymentowałam: klasyczne śniadanie na ok 3h przed zawodami – kawa, wafle ryżowe z dżemem, rozgrzewka też taka jak zwykle. Nie mam pojęcia skąd się to wzięło. Z doświadczenia już wiem, że najbardziej pomaga mi uciskanie, wtedy ból mija, więc biegłam z ręką wciśniętą w brzuch… Tempo oczywiście trochę spadło. Jakbyście kiedyś dostali kolki na trasie, to polecam właśnie (w miarę możliwości) uciskać bolesne miejsce, wziąć głęboki oddech, zmienić rytm kroku, zgiąć trochę tułów do pzrodu. Ja to stosuję. Nie zaszkodzi, a jest szansa, że pomoże. Mnie trzymała jakieś ok. 500 m biegu. Jak tylko puściła, to od razu odżyłam i przyspieszyłam.

Fot. Jacek Deneka / UltraLovers


W okolicy 15 km kończył się podbieg na tzw. Samolocie. Po minięciu szczytu, rozpoczął się zbieg do Jakuszyc. Znowu odezwała się kolka, ale na szczęście trzymała trochę krócej i była mniej bolesna. Po dobiegnięciu w okolice startu zaczął się ostatni już łagodny podbieg, czułam się dobrze. Na asfaltowym zbiegu (od ok. 19 km) obejrzałam się kilka razy, żeby sprawdzić czy żadna dziewczyna mi nie wisi na ogonie. Było czysto, więc leciałam żwawo, ale bez nadmiernej spiny. Na ok. 400 m przed metą zobaczyłam mojego Jacka wraz z Jackiem Jolibskim (3 open). Krzyknęli, że mam czysto z tyłu i mogę spokojnie lecieć. No i poleciałam 😉

Fot. Marcin Oliva Soto

Wygrałam, zajmując przy tym 15 miejsce open. Na mecie nie czułam dużego zmęczenia. Brak przeciwniczki na ogonie i fakt, że to ja nadawałam tempo spowodował, że na mecie czułam się naprawdę dobrze. A może zwycięstwo zdominowało moje emocje i zmęczenie było niewyczuwalne 😉 Jest to bardzo prawdopodobne ;). Metę LBP 2019 będę kojarzyć z radością, uśmiechem i sporą ilością fotek 🙂

Radość na mecie! Piękne uczucie.
Fot. Marcin Oliva Soto

Po kilku minutach pojawił się obok mnie Jacek. Też wygrał!!! Bardzo się ucieszyłam z tego dubletu 🙂

Z Jacusiem i Tomkiem.
Fot. Marcin Oliva Soto

Trochę odsapnęłam, pogadałam ze znajomymi. Oprócz mnie, Jacka i Tomka, LBP ukończył też z bardzo dobrym wynikiem Marcin Pięta (też zawodnik Jacka). Poszliśmy wspólnie we czwórkę potruchtać 2 km i rozemocjonowali analizowaliśmy poszczególne fragmenty trasy. Potem czekała nas dekoracja. Wśród nagród było m.in. sporo ciuchów z Brubeck i cała torba produktów z serii Food by Ann (Anny Lewandowskiej), z czego Jacuś bardzo się ucieszył, bo słodkości mu nigdy za wiele 😀

Do osób, które nie znają trasy LPB, a zastanawiają się nad startem w przyszłym roku:

  • trasa technicznie dość łatwa, są jedynie dwa zbiegi po kamieniach i korzeniach (łącznie max 1,5 – 2 km),
  • trochę biegania po trawie,
  • polecam buty trailowe (ale w asfaltówkach też dacie radę).
Profil trasy

Po biegu wróciliśmy do Szklarskiej. Odpoczywaliśmy. Poszliśmy schłodzić nogi do rzeki, a potem na lody do „Ekolodek” (Jacek ma tam kartę stałego klienta :D). Według mnie są to najlepsze lody w Szklarskiej, a szczególnie polecam smak „szklarskie” (mix owoców leśnych).

W niedzielę, jak wspomniałam, Jacek biegł Jakuszycką Jedenastkę, a ja poszłam na wycieczkę biegową w Karkonosze i Izery z Krzyśkiem, który przyjechał pobiegać po górkach (Krzysiek też jest zawodnikiem Jacka). Pobiegliśmy razem ze Szklarskiej na Łabski Szczyt, potem na Halę Szrenicką i w dół do Jakuszyc. Nie patrzyliśmy w ogóle na zegarek, ale czas wymierzyliśmy idealnie, bo po kilku minutach od dobiegnięcia przez nas na metę Jakuszyckiej Jedenastki, pojawił się Jacek! Był drugi! Jestem z niego bardzo dumna!

Fot. Jacek Deneka / UltraLovers

Na zmęczeniu po sobotniej połówce, w niedzielę również dał radę szybko pobiec. Pogadaliśmy chwilę z Jackiem i pobiegliśmy z Krzyśkiem dalej. Teraz w Izery na Kopalnię Stanisław i z powrotem do Szklarskiej. Wyszło nam 31 km bardzo fajnej wycieczki. 

Podsumowując, był to bardzo fajnie spędzony weekend. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *