Mistrzostwach Polski na 10km w Poznaniu

Gdyby nie covid i odwołanie wszystkich biegów – poza tymi organizowanymi przez PZLA (Polski Związek Lekkiej Atletyki) – to zapewne nigdy nie zdecydowałabym się na start w Mistrzostwach Polski na 10 km. MP w górach jak najbardziej, ale na ulicy?! 😀

Minuty przed startem
Fot. Tomasz Szwajkowski

Wróćmy jednak do początku. W piątek, 6 listopada zaczęłam roztrenowanie. Startowałam dużo w tym roku w górach i wiedziałam, że już pora trochę odpocząć. Tym bardziej, że wtedy było już wiadomo, że żadne zawody się już nie odbędą. Nie wystartuję zatem ani w Biegu Niepodległości w Świerkach (górski bieg), ani w półmaratonie Orzeł w górach Sowich, więc idealny moment na roztrenowanie.

W piątek nic już nie biegałam, ale za to zrobiłam 90′ treningu na rowerku spinningowym, 60′ treningu wytrzymałości siłowej (wejścia na step z obciążeniem, ćwiczenia z piłka lekarską, itd) i 30′ rozciągania. Wieczorem zostało opublikowane rozporządzenie, zgodnie z którym mogą się odbywać jedynie biegi organizowane przez PZLA. Szybka burza mózgu i myślę sobie kurde, pobiegnę tą dychę! Trochę żałowałam, że sezonu nie zakończę żadnym biegiem, a tu taka okazja! Stwierdziłam, że zaryzykuję.

Ryzyko polegało na tym, że:

  1. po pierwsze, był piątek wieczór, a bieg miał się odbyć w środę, czyli zostało mi do niego 4 doby. Za późno na jakikolwiek szybki trening pod dychę, żeby w ogóle zobaczyć, jak radzę sobie z szybszym tempem;
  2. po drugie, nie dość że za późno na choć jeden szybki trening, z dłuższymi odcinkami, to ja w ciągu ostatniego półrocza nie wykonałam żadnego specjalistycznego treningu pod dychę! Trenowałam i startowałam cały czas w górach, więc biegałam przede wszystkim biegi ciągłe, siłę biegową w postaci mocnych podbiegów i – na szczęście – zabawy biegowe. To chyba te zabawy uratowały mi tyłek, bo tam przynajmniej rozwijałam (max na 2′) szybsze tempo.

Niemniej jednak uznaliśmy z Jackiem, że zaryzykuję! Mam licencję, forma jest, może nie pod dychę, lecz pod góry, ale co tam! Lecę 😀

Muszę przyznać, że był jeszcze jeden powód, który wpłynął na moją decyzję. O tym, że odbędą się Mistrzostwa Polski na 10km w Poznaniu wiedziałam już wcześniej. Wiedziałam też, że 11 listopada są planowane płaskie biegi uliczne na 10km również winnych miastach. Przeszło mi oczywiście przez myśl, czy by nie pobiec płaskiej dychy, ale wiecie co? Bałam się! Nie wiedziałam na co mnie stać na ulicy po całym sezonie w górach. Po prostu miałam pietra, że nie udźwignę szybkiego tempa, a jeśli już biec płaską dychę to po życiówkę (no chyba że po zwycięstwo, to wtedy mogę biec wolniej). Dlatego nie zdecydowałam się na żaden bieg tego typu wcześniej.

Później przypomniałam sobie te myśli i zdałam sobie sprawę, że przecież #niemamiętkiejgry! Nie mogę bać się biegu! Nawet jak mi się nie uda poprawić życiówki lub pobiegnę zbliżony wynik, to co się stanie?! Wstyd mi będzie?! Ktoś pomyśli, że jestem słaba? Bez sensu. Muszę pokazać samej sobie, że to ja tu rozdaję karty, a nie strach przed, no właśnie przed czym…? To był ostatni z powodów startu! Trening dla głowy!

Z tymi zawodami też było niezłe zamieszanie. O tym w jakim miejscu w Poznaniu się odbędą dowiedzieliśmy się w poniedziałek wieczorem (dwa dni przed startem), a o godzinie startu we wtorek rano… Niemniej jednak samą organizację już na miejscu oceniam bez zarzutu. Wszystko sprawnie i profesjonalnie działało.

Do Poznania pojechaliśmy we wtorek popołudniu. Zawody były zaplanowane na godz. 11:11, więc spaliśmy prawie do 8. Do wszystkich startów w górach w tym roku podchodziłam na luzie, a przed tymi zawodami trochę się stresowałam. Nie wiem w sumie czego się bałam. Starty w górach są oczywiście mega wymagające i męczące, ale tam tempo jest zmienne i zegarek tak naprawdę nie jest ci potrzebny, a na ulicy musisz cały czas kontrolować tempo! Pilnować, aby nie zacząć za szybko, a potem żeby nie zwalniać!

Udaliśmy się do biura zawodów. Na wjeździe wypełnianie oświadczenia covid’owego i mierzenie temperatury. Trzeba było jeszcze dokonać opłaty za bieg. 61 zł. Nie miałam wyliczonej kwoty, a Pani nie miała wydać. Spytałam po co ta złotówka? Pani odpowiedziała, że też się zastanawia. Na agrafki…? Stanęło na tym, że całe 2 zł (za mnie i Jacka) zostało nam podarowane! 😀 Dostaliśmy po dwa numery startowe – jeden na przód, drugi na tył, więc zapięcie ośmiu agrafek trochę trwało 😉 Pierwszy raz startowałam z dwoma numerami!

Nie wiem co robiłam. To był chyba jakiś element rozgrzewki tuż przed startem 😀
Fot. Tomasz Szwajkowski

Ok. 10:30 zaczęliśmy rozgrzewkę. Niecałe 2 km, 10′ sprawności i 3 rytmy. Było zimno, ok. 7 stopni i delikatna mżawka. Jednak po rozgrzewce było mi już ciepło. Auto mieliśmy jakieś 200m od startu, więc tuż przed 11 zrzuciliśmy grube ciuchy, zostawiliśmy sobie tylko cienkie kurtki, które oddaliśmy na kilka minut przed startem Grześkowi.

W podskokach na start!
Od lewej: Piotrek Mielewczyk, Jacek, ja, Adam Stippa
Fot. Tomasz Szwajkowski

11:11 ruszamy! Ustawiłam się na samym końcu. Całe okrążenie miało ciut ponad 4km, startowaliśmy w połowie toru, więc do zrobienia było 2 i pół kółka. Trasa bajka! Płasko jak na stole. Wiatr delikatny.

W tak małym biegu chyba jeszcze nie startowałam
Fot. Tomasz Szwajkowski

Zaczęłam szybko, ale to normalka, że początek jest szybki, ważne żeby w porę się uspokoić i nie przesadzić z prędkością. Pierwszy kilometr zleciał bardzo szybko. Jeszcze wtedy biegłam w około 4-osobowej grupce dziewczyn. Zegarek pokazał 3:43. Na drugim kilometrze zostałam już praktycznie sama, część dziewczyna za mną, część przede mną. Za bardzo zwolniłam, poleciałam druki kilometr w 3:55. W sumie nie wiem z czego wynikało to zwolnienie.

Chyba około drugiego kilometra. Za mną Weronika Hedzielska
Fot. Grzegorz Świątnicki

3km też nie był zadowalający, bo 3:53. Cały czas miałam w głowie „nie zwalniaj, przyspiesz! Staraj się biec w okolicach 3:50” Nie do końca się to udawało. Stale tempo w okolicach 3:pięćdziesiąt parę.

Oprócz obsługi, sędziów z PZLA i nielicznych osób, które towarzyszyły startującym zawodnikom, kibiców nie było w ogóle. Z wiadomych powodów. Także na doping można było liczyć incydentalnie. A szkoda, bo mnie to zawsze bardzo motywuje. Biegnąc czułam się niemal jak na treningu. Cisza, asfalt, drzewa.

Fot. Grzegorz Świątnicki

Na 4 i 5 kilometrze lekko przyspieszyłam. Oba po 3:52. Leciałam cały czas sama, nie było się kogo „złapać”. Musiałam mocno pilnować tempa żeby nie zwalniać. Kiedy zaczynało się robić ciężkawo, przypomniałam sobie słowa przeczytane ostatnio w książce Jack’a Daniels’a – jak robi się ciężko i nie jesteś w tanie utrzymać tempa, przyspiesz! Tak robiłam! 6 i 7 km stabilnie: szósty po 3:53, siódmy – 3:51. Według zegarka, od 7km zaczęłam lekko przyspieszać. To idealnie pokazuje, że jestem typem wytrzymałościowca, a nie szybkościowca. Dopiero po sześciu kilometrach zaczęłam się przyzwyczajać do tego tempa 😛

Cały czas biegłam w pełnym skupieniu, jak w transie.
Fot. Tomasz Szwajkowski

Zegarek trochę rozjeżdżał mi się ze znacznikami na trasie. Kilometry pikały sporo wcześniej niż oznaczenia. Skontrolowałam czas na 5km żeby zobaczyć na ile lecę, ale absolutnie nie pamiętam jaki wynik zobaczyłam! W ogóle podczas tego – i innych biegów – mam duży problem z matematyką. Cała krew jest chyba pompowana w mięśnie, a działanie mózgu schodzi na dalszy plan. Obliczenie na jaki wynik biegnę graniczy z cudem! A na tym biegu miałam tym bardziej schizofrenię, bo jak wspomniałam gps rozjeżdżał się z oznaczeniami, także kontrola wyniku była niewielka 😉

Zdjęcie zrobione z mostu na torze.
Fot. Tomasz Szwajkowski

Ósmy kilometr poleciał w 3:50. Uff nie zwalniam, a nawet przyspieszam! O czym myślałam? Chyba tylko o tym, żeby nie zwalniać, lecz przyspieszać! Gdzieś po 8km złapała mnie kolka. Nie była jakaś bardzo bolesna, ale lekko uciążliwa. Na kilka sekund ucisnęłam bolące miejsce dłonią, ale szybko puściłam. Pomyślałam „musisz dziadu przestać boleć! Nie będę cię uciskać, bo ręka jest mi potrzebna do biegania” I wiecie co?! Posłuchała i puściła 😀 Ale jestem groźna (jak borsuk :P)

Fot. Tomasz Szwajkowski

Dziewiąty kilometr w 3:51. Monolog wewnętrzny trwał w najlepsze. Nie zwalniaj! Ma być życiówka poprawiona konkretnie, a nie o parę sekund! Przyspieszaj!!! Jak minęłam oznaczenie z dziewiątym kilometrem, to zaczęłam liczyć, jaki wynik będzie na mecie, jak pobiegnę ostatni kilometr w 3:50. Jak wspomniałam, liczenie podczas biegu nie jest moją najmocniejszą stroną 😀 i wyszło mi, że dobiegnę z wynikiem gorszym od życiówki! Nie wiem jak ja to policzyłam, ale bardzo mnie to zmobilizowało żeby przyspieszać! Ostatni kilometr cisnęłam ile się dało. Końcówka to jest moment kiedy biegnie się głową! Nie wyobrażam sobie zwolnić w tym momencie! (No chyba że już miałabym totalną bombę :D) Jestem nauczona, że każdy szybki trening kończę mocno. Niezależnie czy są to odcinki, minutówki, czy ciągły. Ostatnie powtórzenie / kilometr ma być najszybszy. Tak jak na zawodach! Jacek skutecznie wrył mi to w psychikę! Takie podejście treningowe procentuje na zawodach. Dzięki temu ostatni kilometr poleciałam w 3:45.

Fot. Tomasz Szwajkowski

Na mecie nawet pomyliłam przyciski na zegarku. Zamiast wcisnąć stop, dałam lapa. Sapałam jak lokomotywa. Oparłam się o jakich samochód stojący na mecie. Ktoś nałożył na mnie folię NRC, aż Jacuś wziął mnie pod rękę i poszliśmy do samochodu.

Czyż nie jestem podobna do bobra? 😀 😀
Fot. Grzegorz Świątnicki

Wiedziałam, że jest życiówka. Wiedziałam, że kila sekund zabrakło do złamania 39 min. Mogę sobie gdybać, gdzie je straciłam. Ostatecznie mój wynik to 39:04. Trzynaste miejsce w Mistrzostwach Polski. Nie było euforii. Zadowolenie, ale nie ekscytacja. Wiem, że stać mnie na więcej! Dodatkowo, fakt, iż cały sezon biegałam i trenowałam pod góry pokazuje, że mimo to trochę się rozpędziłam również na płaskim i wcale przez góry nie traci się, aż tyle szybkości.

W kontekście startu na dychę uratowało mnie to, że mimo iż nie zrealizowałam treningów typowo szybkościowych, to dużo startowałam w górach, w tym w szczególności szybsze i krótsze biegi, jak np. Jakuszycka Dwunastka czy Bieg w Świeradowie na Stóg Izerski. Jak teraz to sobie analizuję, była to taka metoda treningowa poprzez częste starty. Nie każdy na 100%, ale w tempie mocniejszym niż zrobiłabym to na treningu. Starty te okazały się taką namiastką, a raczej alternatywą do treningów szybkościowych.

Fot. Tomasz Szwajkowski

Na wiosnę postaram się wystartować w jakiejś płaskiej dyszce, mimo iż raczej zimę poświęcę przede wszystkim na budowę formy pod biegi górskie. Mam też nadzieję, że kalendarz startów pozwoli mi wystartować w 2021 r. w jakimś biegu na 5 czy 10 km organizowanym właśnie na torze w Poznaniu. Fajnie byłoby tam znów pobiec, ale w trochę większej grupie. Choć znając mnie, zapewne znowu pobiegnę te zawody z treningu pod góry 😛 No ale są jakieś priorytety 😀

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *