„Otylia. Moja historia” – recenzja

Czytałam już wiele sportowych biografii i tą pozycję wyróżnia przede wszystkim to, że czyta się ją z niebywałą lekkością. „Otylia. Moja historia„, to wręcz powieść obyczajowa, a nie typowa biografia sportowca. Dominują opisy relacji z bratem, rodzicami, trenerem, koleżankami i kolegami z basenu. Natomiast mało miejsca Otylia poświęca relacjom z zawodów.

Książka napisana jest lekko, niechaotycznie. Dzięki czemu czyta się ją bardzo płynnie, przyjemnie i wręcz nie można się od niej oderwać! A duża ilości zdjęć powoduje, że czytelnik bardziej czuje klimat opisywanych historii.

Po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej zakorzeniła się we mnie teza, że sukces można osiągnąć tylko, gdy oddamy się w 100% ciężkiej pracy. A jeśli dołożymy do tego jeszcze talent i uwarunkowania genetyczne do konkretnej dyscypliny, to wyjdzie nam z tego prawdziwy mistrz! Otylia była takim talentem i tytanem pracy. Umiała sprostać wyzwaniom, które postawiło przed nią życie i ona sama. Została mistrzynią w sporcie i w życiu, bo podnieść się po śmierci brata – który zginął w wypadku samochodowym, będąc pasażerem w aucie prowadzonym przez Otylię – to według mnie prawdziwe mistrzostwo!

A jaką receptę na sukces podaje sama Otylia? „Sukces – jest prawie jak potrawa, smakuje wyśmienicie, lecz nie ma na niego stałego przepisu. Nie możemy dodać pieprzu albo soli, by poprawić smak. Jedyny przepis, jaki istnieje, to solidna i systematyczna praca.”

Otylia była talentem takiej klasy, że – jak sama wspomina – kiedyś ktoś powiedział, że mogłaby ją trenować nawet miotła, a i tak odniosłaby sukces… Ona była diamentem, który potrzebował tylko oszlifowania. Co nie znaczy, że nie trenowała dużo. Trenowała bardzo dużo! Dużo więcej niż jej przeciwnicy. Zdarzało się, ze tygodniami nie wychodziła na dwór, bo tylko krążyła między pokojem hotelowym a basenem. „Szlifiarzami” jej talentu byli jej trenerzy, a przede wszystkim „Słoma”, z którym z jednej strony weszła na szczyt swoich sportowych możliwości, a z drugiej strony łącząca ich relacja była daleka od ideału… O relacji Otylia-trener sporo przeczytamy w tej książce.

Czy czegoś mi w tej lekturze brakowało? Każdy ma zapewne inne oczekiwania, co do książek, po które sięga. Ja w biografiach sportowców szukam motywacji dla siebie, czegoś co będę mogła wykorzystać w swoim życiu, sporcie. Tu mam mieszane odczucia, bo z jednej strony odnoszę wrażenie, że aspekt psychologiczny Otylii jako sportowca, nie jest za bardzo wyeksponowany. Nacisk jest kładziony raczej na relacje, jakie łączyły Otylię z ludźmi z jej najbliższego otoczenia, aniżeli na techniki motywacyjne jakie sama stosowała, żeby przekraczać strefę komfortu i sięgać po najwyższe laury. A właśnie ten aspekt psychologiczny jest dla mnie najcenniejszy w tego typu książkach. Brakowało mi po prostu takiego opisu walki sportowca, walki do granic swoich możliwości, co stanowi dla mnie creme de la creme sportu. A trzeba przyznać, że kto jak kto, ale Otylia musi mieć naprawdę bardzo mocną psychikę, skoro umiała się podnieść po śmierci brata i nadal wygrywać! Dlatego pod tym względem mam lekki niedosyt.

Jednak z drugiej strony, nie mogę napisać, że jestem tą książką rozczarowana. Mimo że, z mojego punktu widzenia, ta książka jest bardziej powieścią niż biografią wybitnego sportowca, to sama postać Otylii i jej historia powoduje, że poczułam motywacyjnego kopa. Po przeczytaniu tej książki na pewno coś w głowie zostaje. Zdarzyło mi się nawet raz na mocnym treningu pomyśleć „No co, teraz odpuścisz? Otylia by nie odpuściła” ;). To zdanie powinno Was najbardziej zmotywować do sięgnięcia po tą książkę, bo najcenniejsze są książki, o których się myśli już po odłożeniu ich na półkę.