Półmaraton Karkonoski, czyli do czterech razy sztuka!

Półmaraton Karkonoski. Bieg, w którym startowałam już po raz czwarty. Mam do niego bardzo duży sentyment, ponieważ uwielbiam biegać po Karkonoszach, a Szklarską Porębę traktuję, jak swój drugi dom. Odpuściłam w tym roku start w Wielkiej Pętli Izerskiej, który odbywał się tydzień przed Karkonoskim. Decyzja nie była łatwa, bo bardzo lubię te zawody, ale uznałam, że startowanie 4 półmaratonów co tydzień to byłaby już przesada (najpierw był TriCity Trail, potem Chojnik Półmaraton z Górką, potem Wielka Pętla Izerska i na koniec Półmaraton Karkonoski – wszystkie starty co tydzień).

Między półmaratonem na Chojniku a Karkonoskim robiłam tylko wybiegania i zabawy biegowe (siły na jakiś akcent co prawda były, ale pojawiła mi się niewielka opuchlizna wokół prawej kostki i wolałam nie obciążać nogi mocniejszym bieganiem).

Fotka od Ultra Lovers’a z numerami startowymi na dzień przed zawodami, to już tradycja.
Fot. Jacek Deneka / Ultra Lovers

Start zaplanowano na godz. 16:00. Nie lubię startować po południu, bo przez cały dzień nie wiadomo, co z sobą zrobić… Błąka się człowiek i tylko czeka na start ;).

Nadeszła w końcu wyczekiwana pora startu. Wszędzie pełno znajomych. Standardowa rozgrzewka, czyli ok. 2km truchtu i rutynowy zestaw ćwiczeń, gadki-szmatki, a ja lekko zestresowana. Serio, pojawiło się przedstartowe napięcie!

16:00, poszli! Pierwsze kilometry są dość łagodne. Zaczęłam spokojnie. Zabawa zaczyna się od ok. 4 km – tam rozpoczyna się ok. 2km podbiegu na Łabski Szczyt. Poszło sprawnie. Na Łabskim sporo kibiców, a wśród nich Basia i Kasia. Dzięki dziewczyny za doping!

Potem „najfajniejszy” fragment, czyli 2km podbiegu z Łabskiego na Śnieżne Kotły. Tylko raz – na samym początku – podniosłam głowę do góry i spojrzałam daleko przed siebie wypatrując Jacka. Miał na sobie zieloną koszulkę, więc dojrzałam go bez problemu. Zdawało mi się, że prowadzi. Potem już głowa spuszczona, pot lał się strumieniami, ale cały ten 2-kilometrowy odcinek pokonałam biegiem. Nóżka za nóżką i jakoś poszło. Tuż przed szczytem kolejna znajoma twarz – Olga z Selerem (tak, ta sama Olga i ten sam Seler, co na Chojniku ;)).

Fot. Marcin Mondorowicz / Biegający Foto

Następny etap to odcinek od Śnieżnych Kotłów do Hali Szrenickiej. Przypomniało mi się, jak podczas krótkiego pobytu z Jackiem na Hali Szrenickiej robiliśmy w tym miejscu zabawę biegową i rytmy. Biegło mi się dość swobodnie. Cały czas prowadziłam wśród kobiet. Kilku facetów, których wyprzedziłam pod górę, przegonili mnie na tym odcinku, ale to norma. Przy odbiciu na Szrenicę minęłam Jacka! Jest pierwszy! Bardzo się ucieszyłam! Jakieś 200m za nim leciał Pavel Brydl.

Podbieg na Trzy Świnki. Jak widać, nie zawsze się uśmiecham 😀
Fot. Jacek Deneka / Ultra Lovers

Zbieg do Hali Szrenickiej. Szybka nawrotka i ostatni podbieg przede mną. Podczas wspomnianego obozu na Hali Szrenickiej, każdy trening rozpoczynaliśmy właśnie od tego podbiegu, więc na tyle się już do niego przyzwyczaiłam, że podbieg wszedł na luzie. Po ok. 200m od nawrotu, minęłam Gosię Łabuz, tuż za nią była Ania Więcek i Ela Kowalewska (jak się później okazało, dziewczyny niemalże przez całą trasę biegły obok siebie, a z tego pojedynku zwycięsko wyszła Gosia). Mijając dziewczyny, pomyślałam sobie, o kurczę… są blisko! Gosia jest bardzo mocna na zbiegu, więc muszę cisnąć!!!

Na mokrej przełęczy (fragment z drewnianymi mostkami) – w obawie, że dziewczyny mnie dogonią – leciałam dość szybko. Jak się potem okazało, moja przewaga na Hali Szrenickiej wynosiła 2 min, a mnie się wówczas wydawało, że jest to zaledwie kilkanaście sekund… i tak cisnęłam, że na Łabskim zwiększyłam przewagę do 3 min.

Fot. Tomasz Raczyński

Ostatni odcinek to zbieg z Łabskiego do samej mety. Pierwsze kilometry są strome, więc starałam się biec szybko, ale nie ryzykować za bardzo. Ostatnie 4 km przed metą to już dość płaski odcinek. Po raz pierwszy się obróciłam. Zobaczyłam jakąś postać w białej koszulce. Gosia, pomyślałam. Kurczę! Muszę przyspieszyć. Nie oglądałam się ponownie, żeby potwierdzić czy to Gosia czy nie, tylko przyspieszyłam. Jak się potem okazało, to nie była Gosia. Chyba miałam zwidy 😀. Ok 1 km przed metą, fotograf krzyknął mi, że Jacek wygrał na spokojnie. Super!!! Będzie dublet (o ile nie polegnę na ostatnich metrach.

Fot. Hernik Team

Za jakieś 200m zobaczyłam Jacka. Mówi, że mam czysto z tyłu. Uspokajam się trochę, lecę spokojnie do mety. Wygrałam! Pierwsze słowa na mecie, to „w końcu!” Radość była podwójna, bo wygraliśmy z Jackiem oboje!

Radość na mecie!
Fot. Krzysztof Gulbinowicz
Podwójne zwycięstwo 😉
Fot. Michał Złotowski
Na pudle z Gosią Łabuz i Anią Więcek
Fot. Tomasz Raczyński

4 komentarze

  1. Gratulacje!!! Tak sie zastanawiałem skąd ja tą trasę znam z 3 zdjęcia ;), doczytałem i sie okazało że maszerowałem nią jakieś 3 tyg. temu i niektóre kamyszki na niej się ruszały, pewnie biegnie się niepewnie po takim podłożu, no chyba ze trenuje sie na tej trasie to wtedy ok. 🙂

    1. To jest podbieg z Łabskiego na Śnieżne Kotły. Ja tą trasę dobrze znam, biegałam nią nie raz, więc czuje się na niej dość pewnie 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *