Wiązowna – historia wiatru w mordę.

Czemu Wiązowna?

Otworzyłam kalendarz zawodów na maratonypolskie.pl i pyk! Wiązowna 23 lutego! Termin pasuje. Jadę. Nawet nie wiedziałam, gdzie ta miejscowość leży, ale co tam 😀 Termin pasował dlatego, że 19 kwietnia mam zaplanowany maraton w Łodzi. To jest mój start docelowy na początku roku. Cały plan treningowy jest układany pod ten bieg, a połówka miała być tylko takim sprawdzianem formy. Dlatego zdecydowałam się na Wiązownę, bo późniejsze półmaratony w Polsce były już w terminach zbyt bliskich do maratonu. Nie chciałam startować np. na 4 tygodnie przed 19 kwietnia, bo przed połówką trzeba już lekko zluzować trening maratoński, żeby złapać świeżość i po połówce też dochodzę do siebie zazwyczaj ze 2 tygodnie, żeby wrócić na pełne obroty, więc start na 3-4 tygodnie przed maratonem trochę by rozwalił nasz plan. Nie twierdzę, że błędem jest startować w połówce w takim terminie, ale wiem po sobie, że najlepiej jeżeli ten start mam sporo wcześniej.

Start w Wiązownej potraktowałam dość poważnie, dlatego ostatnią trzydziestkę (którą biegam ostatnio dość regularnie) pobiegłam na 2 tyg. przed startem. Potem już były tylko drugie zakresy (trochę krótsze niż dotychczasowe), wpadły też kilometrówki i szybka dyszka, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest gaz! Pobiegłam 10 km w 40:14! Podbudował mnie ten trening, bo fizycznie tuż po biegu czułam się dobrze. Wcale mnie nie zajechał. Przeciwnie! Do tego biegałam tą dyszkę na trasie, która nie jest ani idealnie płaska, ani osłonięta od wiatru.

Jak już sprawdziłam, gdzie leży Wiązowna 😉 postanowiliśmy z Jackiem, że pojedziemy w sobotę do Warszawy i rano w niedzielę ruszymy do Wiązownej (oddalonej ok 35km od Wawy).
Wszyscy straszyli przed mocnym wiatrem, który ma wiać w dniu zawodów. Jakoś się tym za bardzo nie przejmowałam, bo przecież i tak nie mam na to wpływu. Wkurzać zaczęłam się dopiero w nocy przed startem… Spaliśmy w mieszkaniu na 10 piętrze… Wiało tak, że zaczęłam wyzywać pod nosem. No, ale co mam zrobić?! Przecież nie zrezygnuję z powodu wiatru. Wiem, że zaraz ktoś powie: „przecież każdemu będzie wiało tak samo”. Jasne! Ale to dla mnie marne pocieszenie, bo ja tam jadę po życiówkę, a nie po porównywanie się z całą resztą zawodników.

Otwieram gazetę z pakietu startowego i takie miłe powitanie… 😀

Do Wiązownej pojechaliśmy z Wawy komunikacją miejską. Fajnie, że organizatorzy zorganizowali darmowy przejazd z Warszawy do Wiązownej i z powrotem! Sprawnie dojechaliśmy na miejsce startu. W półmaratonie miało biec ok 4 tys. osób, a biuro zawodów mieściło się w szkole podstawowej. Ciasnota straszna, człowiek na człowieku… Odebrałam pakiet i poszliśmy na górne piętro szkoły, żeby uciec od tego całego zgiełku i w spokoju poczekać do startu.


Jacek tym razem nie startował, więc miałam pełen komfort w zakresie rozbierania się przed startem. Na rozgrzewkę poszłam w butach treningowych, długich spodniach i bluzie. Startówki założyłam około 15 min przed startem, a spodnie i bluzę ściągnęłam jeszcze z 5 min później. Wszystko na luzie i bez stresu. Ustawiłam się w strefie startu. Za bardzo nie pamiętam co wtedy czułam. Byłam chyba wyjątkowo spokojna. W sumie czym się miałam denerwować. Trenowałam porządnie, robota została zrobiona, więc teraz trzeba tylko postawić kropkę nad i!


Start był trochę dziwny. Jakieś krótkie przemówienie, szybkie odliczanie i START. Jakoś tak mnie to wszystko zaskoczyło, ale lecę. Na początku uformowała się grupka około 10 facetów i ja. OK, lecę spokojnie na końcu grupy. Tempo pierwszego kilometra 3:54. Jest ciutkę za szybko, ale spoko. Zamierzałam biec w tempie ok 3:58-4:00. Kolejne kilometry zgodnie z planem: 3:56, 3:58, 3:58, 3:58.

Pierwszy lub drugi kilometr biegu.

Kontrolowałam też co 5km na tabliczkach z oznaczeniami kilometrów, czy wszystko się zgadza. Nie ufam w 100% zegarkowi i wolę co 5km skontrolować czas. Jacek już po starcie zapytał, czy patrzyłam na czas całkowity co 5km. Odpowiedziałam, że tak. Więc pyta się mnie ile było na 5km i na 10km. Nie pamiętam :D. W czasie biegu kontrolowałam, odhaczałam tylko w głowie, że mam zapas do złamania 1:24 i leciałam dalej 😀 Koncentracja na tym biegu była maksymalna!!! Z tego jestem mega dumna. Na żadnym innym biegu nie miałam jeszcze takich klapek na oczach! Nie zwracałam uwagi na otaczającą mnie rzeczywistość, tylko leciałam do przodu. O niczym nie myślałam nawet. Często podczas zawodów (a nawet treningów) odmawiam różaniec, suspokaja mnie to. Tym razem chyba tego nie robiłam. Piszę chyba, bo ja na serio nie pamiętam za wiele z tych zawodów. Jakieś wycinki tylko. Wyłączyłam się totalnie.

Grupa, w której biegłam zaczęła się rwać. Biegliśmy już raczej w pojedynkę. Wiatr ciągle dawał o sobie znać. Raz prosto w twarz, często z boku, w plecy nie czułam 😀 Miałam ze sobą dwa żele (wsadzone w rękawiczki). Planowałam je zjeść na ok 7 i 15 km. Na ok. 7 km złapała mnie kolka. Dość lekka, na szczęście i szybko minęła, ale odpuściłam jedzenie żela, bo nie chciałam ryzykować. Kolenja piątka poszła dość spoko. Chwilami wiało naprawdę mocno, ale trzymałam w miarę tempo: 4:00, 4:00, 3:58, 3:56, 3:56. Na około 9 kilometrze jadący niedaleko mnie na rowerze sanitariusz nagle się przewrócił! Nie wiem, czy zawiał mu wiatr, czy najechał na krawężnik, ale gleba była solidna. Na szczęście, przewrócił się na ok. 2 metry od karetki 😛


Tuż po minięciu 10 km była nawrotka 180 stopni i wtedy się zaczęło… Zaczynając od rzeczy przyjemnych – fajnie biegnie się mijając innych biegaczy, bo czas leci jakoś szybciej. Sporo ludzi żywno mnie dopingowało. Często słyszałam swoje imię! Przepraszam, że nawet na Was nie spojrzałam, ale byłam tak skoncentrowana, że moje klapki na oczach mi na to nie pozwalały 😛 Nie chciałam ani na chwilę wypaść z transu. Słyszałam m.in. jak Marcin Chlebowicz krzyknął mi na mijance coś w stylu: „Karola, brawo! Jest dobrze!” Kłamczuszek 😀 Nie wiedział przecież na jaki wynik chciałam biec, więc nie mógł wiedzieć, czy jest dobrze:D Ale nieważne. Takie słowa bardzo pomagają. Proste słowa, a dodają sił chociaż na chwilę. Tylko jednen raz na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech – po żywiołowym okrzyku dwóch dziewczyn z Wrocławia – mama i córka biegające razem (na Insta: md_run). Dzięki dziewczyny 🙂

Teraz mniej miłe rzeczy, które miały miejsce po nawrotce… Wiatr! Wcześniej miałam wrażenie, że wiało. NIE! Wcześniej to była popierdółka. Od ok 12km zaczął się #wmordęwind… Czułam, że przyspieszam, a na zegarku kilka sekund powyżej 4 min/km. No jak kurde?! Nie tak miało być! Ale nie wyprowadziło mnie to z równowagi. Myślę sobie, przestanie wiać to się odkuję. Na ok. 11km zjadłam żel. Jadłam go chyba na 5 łyków przez kilometr. Obecnie jem żele GU. Są dość gęste, ale ja nie potrzebuję ich popijać. Brałam łyczka do ust, „pociumkałam” trochę i tak kilka razy. Kilometry 11-15: 3:56, 4:04, 4:05, 3:58, 3:59.

Biegłam na 4 pozycji wśród kobiet. Miejsce nie było dla mnie istotne za bardzo. Przyjechałam tu walczyć o życiówkę, a nie o miejsce. Po 15km nie pamiętam już za bardzo co się działo. Zależało mi żeby odkuć się trochę po tych dwóch wolniejszych kilometrach pod wiatr i nie stracić kolejnych sekund. Co chwilę przyklejałam się do jakiegoś biegacza, żeby nie zwalniać. Jakiś pan nawet ciągle się za mną obracał, czy aby na pewno się nie odklejam 😉 Dzięki! Wiatr jednak nadal nie odpuszczał…

Na ok. 19km wyprzedziła mnie jakaś dziewczyna. Jak się później okazało była to Ania Zajączkowska z Trzebnicy. Wystartowała kilka minut po moim starcie, dlatego mimo, że wpadła na metę na kilka metrów przede mną, to finalnie miała czas ok. minutę lepszy. Kilometry 16-19: 3:57, 4:01, 4:00, 4:00.

Na ostatnich dwóch kilometrach biegł obok mnie biegacz, który bardzo mocno mnie dopingował. Krzyczał: „Wyprzedzisz ją?! Ona też juże jest zmęczona” (miał na myśli Anię Zajączkowską, za którą biegłam). Cały czas słyszłam od niego: „do pożygu!”, „do odcięcia!” „na mecie masz mieć ciemno przed oczami!” 😀 Takie teksty mega na mnie działają! Bardzo za nie dziękuję!!! Dzięki temu 20 km poleciałam w 3:52, a 21 km w 3:51. Na ostatnich metrach już fatycznie nie wiedziałam co się dzieje. Jacek stał tuż przed metą i krzyczał coś do mnie, ale ja nawet nie zauważyłam go! Wpadłam na metę i od razu się zatrzymałam szukając barierki, o którą mogę się oprzeć. Zawsze tak robię tuż po przekroczeniu mety 😀 Cofnęło mnie lekko do tyłu, ale biegacz, który mnie dopingował przez ostatnie 2 km, złapał mnie w pasie i pomógł pójść dalej (jak się później okazało – pomógł mi dojść… na metę!!!).

Tak… Na początku niczego nie podejrzewałam, ale wątpliwości pojawiły się, kiedy okazało się, że według oficjalnych wyników uzyskałam czas 1:24:15, a na zegarku złapałam 1:24:10. 5 sekund to trochę sporo, tym bardziej, że pamiętam, że zalapowałam na mecie (przynajmniej tak mi się wydawało). Dopiero po zdjęciach, które klatka po klatce pokazują sytuację na mecie, okazało się, że wszystkie znaki na niebie i ziemi, które świadczyłyby o tym, że wbiegłam na metę: namiot datasport, mata pomiarowa, jednak metą nie były… Meta była kilka kroków dalej… I wcale nie była jakaś spektakularna. Żadnego nadmuchanego balona. Nic. Chyba tylko kolejna mata… Nawet zegara nie było!!!

Co z tego, że po zdjęciach widać, że ludzie na mecie krzyczeli i pokazywali mi, że mam biec dalej. Końcówkę biegłam do odcięcia i już totalnie nic do mnie nie docierało! Na szczęście, biegacz który biegł ze mną te ostatnie 2 km zauważył co się ze mną dzieje i doprowadził mnie na METĘ. I tak właśnie straciłam 5 sekund z życiówki. Organizatorzy powinni następnym razem lepiej zorganizować metę, żeby była bardziej widoczna i jednoznaczna. Bowiem nie tylko ja się pomyliłam, wiele osób również tam zakończyło swój bieg a do „prawdziwej” mety po prostu nieświadomie doszli/dotruchtali…

Czy jestem zadowolona? No pewnie. Życiówka poprawiona o dokładnie 1 min 20 sek. Jednak niedosyt pozostał. Byłam przygotowana na złamanie 1:24, wiatr jednak ukradł cenne sekundy… Ale przecież jeszcze się odkuję! Nie ma co się zastanawiać, co by było gdyby… Nie wiem, kiedy następna połówka. Na razie cała para idzie w maraton!
Zapomniałabym jeszcze o wspomnieniu, że zajęłam 5 miejsce open kobiet! Stanąć na podium obok dziewczyn, które biegają tak szybko, to miłe i motywujące uczucie.

Od lewej: Angelika Mach, Paulina Golec, Anna Łapińska, Ania Zajączkowska

PS Buty, w których biegłam – Nike Next% wzbudziły tyle zainteresowania, że poświęcę im osobny wpis, w którym odpowiem na pytanie, czy życiówkę wybiegałam ja czy Nike!

Czysta radość na mecie!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *